• Wpisów:305
  • Średnio co: 8 dni
  • Ostatni wpis:wczoraj, 18:37
  • Licznik odwiedzin:86 816 / 2646 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Kochane moje,

Jak zwykle nie wiem o czym pisać, więc będzie o wszystkim. Miałam ostatnio kilka smutnych dni, bo z Karolkiem nie było najlepiej. Bida, miał gazy i po prostu robiłam wszystko co mogłam, żeby czuł się lepiej. Na szczęście się wylizał i teraz już robi piękne kupki.
____________

Wyjazd do Grecji zbliża się powoli wielkimi krokami. Jeszcze jakieś 18 dni do wylotu. Nie kupuje żadnych ciuchów na wyjazd. Czemu? I tak jestem gruba więc czemu mam wydawać fortunę, żeby jakoś wyglądać. Po drugie, tą kasę wolę przeznaczyć na lepsze jakościowo jedzenie, jak wydać na ciuchy i jeść same ziemniaki przez miesiąc. Po trzecie i tak mi kasy zostało tylko na jedzenie, więc nie oszukujmy się - nie ma sensu robić zakupów.
____________

Pogoda w Anglii zajebista - oczywiście na czas ślubu. Niedługo wszystko wróci do normy. Miałam chęć zabrać się z Karolkiem do domu rodziców, ale wolę w domu posiedzieć. Potem się okazało, że Mama i tak poszła na urodziny koleżanki.
____________

U mnie nie ma więcej co opowiadać. Teraz będę pracowała codziennie, aż do przyszłego piątku, ale chociaż 4 nocki załapię i kasy trochę wpadnie.
____________

Tak jak wspomniałam, dzisiaj będzie króciutko. Kocham <3

19.05.2018 _ sobota
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Witajcie Kochane,

Pisałabym częściej, ale nie chcę cały czas brzmieć jak pesymistka. Owszem, są sytuacje, że po prostu muszę z siebie wszystko wyzionąć (tak jak w poprzednim poście), ale pisać w koło pierdoło o tym jak mi się marzy zamieszkać samej z Karolkiem, po prostu nie ma sensu. Także ten, wiecie jak wygląda sytuacja, ale na razie nie będę się o niej rozpisywać.
____________

Opowiem Wam za to bardzo kosmiczną historię. Szczerze mówiąc, myśląc tak jak myślę i mając już swoje doświadczenia których ludzka nauka nie potrafi wyjaśnić, myślałam że nikt i nic mnie nie zaskoczy, a jednak się myliłam. Otóż jestem na grupie na facebook'u gdzie ludzie oczyszczają organizm pijąc dużo naparów z ziół i soków owocowych. Dzisiaj pojawił się taki o to komentarz:

"Potrzebuję Ważnego wsparcia. Złapałem kleszcza i czuję Intuicja że nie powinienem go usunąć, zabić bo to co mi las i matka natura daje nie może nie być dla mojego dobra. Wcześniej pozwalałem komarom gryźć mnie i czułem się po tym świetnie. Takie żyjątka wypijają co złe a dają to co pomoże w oczyszczaniu, nawet borelioza i zapalenie mózgu to kryzysy uzdrowiencze i jeśli organizm to przyjmie to dla własnego dobra. Ale całe otoczenie Rodzice patrzą na mnie jak na wariata zagrozili szantażuje mnie bym zabił to biedne stworzenie. W moim umysłe jest też gdzieś matriowy lęk ale czuję że przy mojej sytuacji gdy jestem dializowany nie mogę pozwolić sobie na kompromisy z systemem. Proszę o wsparcie wiem że na Was mogę liczyć."

Z tej samej grupy dowiedziałam się również, że wirusy tak na prawdę nas kochają i to jest po prostu selekcja naturalna, że my umieramy. Kleszcze, komary i pchły to nic innego jak stworzenia, należące do tej samej kategorii co pies/kot/papuga/królik/koń i należy im się szacunek... No mówię Wam, cyrk na kółkach i jeszcze długo mogłabym Wam wymieniać jakich bajek się naczytałam, ale szkoda czasu.
____________

Oprócz tego jestem dzisiaj w konkretnej kropce. Wróciłam do domu, a Karolek nie chce mi jeść i zaczynam się zastanawiać czy znowu nie ma przypadkiem zaparcia, czy po prostu rano się najadł. Boję się o niego, bo już raz to przerabialiśmy.

Update: wymasowałam go, dałam mu przeciwbólowe i zioło przeczyszczające i próbowaliśmy z D go nakarmić. W końcu udał się do toalety i wypchnął z siebie ten złóg. Teraz tylko musimy się upewnić, że będzie jadł dobrze jutro. Fju... Stracha mi narobił. Ale dziwicie mi się? Bunia odeszła w zeszłym roku, niedługo minie rok (aż ciężko uwierzyć) a został mi tylko On... Karolek po prostu mnie rozumie na swój króliczy sposób. Tak, to zdjęcie na dole, to my razem w zeszłym roku nad morzem. <3
____________

To tyle na dzisiaj Kochane. Jest już tak późno, że jedyne co mi wypada, to kłaść się spać. Mam nadzieję, że będę miała chęci wstać wcześnie rano (organizm sam się budzi o 5 rano).
____________

15.05.2018 _ wtorek
  • awatar I'm still standing: Kilka lat temu moja ciotka zadzwoniła do teściowej. Teściowa jej się poskarżyła, że synowa ciotki mieszka dwa domy dalej i nawet do niej nie zajrzy, a moja ciotka na to: no wie mama, ona jest w ciąży, a mama jest kulawa, pewnie nie chce by jej się chore dziecko urodziło... :) bekę mamy z tego do dziś. Śliczny ten Karolek, naprawdę ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Pora znowu z siebie trochę wyrzucić (bo zwarjuję). I broń boże nie wyżalam Wam się jaka jestem biedna, czy narzekam na swój los. Wiem co muszę zrobić i tak zrobię. Po prostu daję upust swoim emocjom, żeby to we mnie już nie siedziało, bo nie wytrzymam...

Zaczynam prawie łapać deprechę przy nim. Naturalnie budzę się z pierwszymi promieniami słońca rano, ale nie chce mi się do tego wszystkiego wstawać. Dosłownie śpię na maksa, tyke ile mogę tylko po to, żeby do tego wszystkiego nie wstawać. W domu już nic nie chce mi się robić, po prostu jestem w takiej czarnej dziurze która zasysa całą moją energię. Nawet gdyby pozbył się kotów, nawet gdyby kolega już nie przychodził codziennie, nawet gdybyśmy mieli zajebiście wielki dom, wszędzie razem chodziliśmy to ja nie chciałabym z nim mieszkać. Było i minęło. Uczucia wyschły, a teraz został ze mnie zwichnięty kwiatek.

Wiecie, nie tak sobie wyobrażałam mieć chłopaka. To znaczy, w sumie to nigdy nie wiedziałam, że tak na prawdę będę go mieć, przez nadwagę i niskie poczucie własnej wartości. No ale mam już chłopaka, żadne z nas nie jest idealne, bo przecież to nie jest hollywood'zki film. I on mnie kocha, a ja jego już nie potrafię. Nie potrafię się nawet zmusić, żeby go kochać. Owszem, przytuli i jest miło, bo przecież jestem już do niego przyzwyczajona, ale to nie to samo co być z kimś w związku kogo na prawdę kochasz - każdego dnia, a nie tylko dlatego, że jesteś przyzwyczajona.

Nie zrozumcie mnie źle. Jest jakaś potwora, dla której jest idealny. Ona może się samorealizować, mieć kupę czasu i spotkają się w domu w korytarzu na 5 minut, zamienią kilka słów i dalej do swojej pracy. Ale ja tak nie potrafię. Owszem lubię wolny czas, ale o wiele milej byłoby go spędzić z kimś wyjątkowym. Nawet kiedy kolega pójdzie do domu, to on i tak siedzi w swoim pokoju, za fortrecą zbudowaną z elektornicznych części, które kiedyś mu się przydadzą do czegoś. Nawet nie mamy tematów do rozmowy. Wejdzie czasami do mojego pokoju, żeby mi powiedzieć, że jego wzmacniacz osiągnął już moc ileś tam watów, że zniekształcenie sygnału osiągnęło już jakieś tam minimum, że musiał coś tam włożyć i teraz jest już lepiej. I tak 24/7, dzień w dzień słyszę o głośnikach, wzmacniaczach, dźwiękach i innych pierdołach i już mnie szlag trafia.

Chociaż i to jest lepsze od tego jak opowiada mi jaki dom kupimy, co w nim zrobimy jak razem zamieszkamy. Patrzy się w moje oczy z wielką nadzieją, że podłapię temat i będę mówiła co chcę i jak chcę. A JA TEGO WCALE NIE CHCĘ! Chcę, ale nie z nim. I widzicie, napisałam to i w tym momencie mi zaczyna być go szkoda, bo już zaczynam sobie wyobrażać, jak to ja bym była na jego miejscu i to by mnie załamało. Ale z kim bym nie rozmawiała na ten temat, to wszyscy mi mówią, że po prostu trzeba to zerwać. Że nie ma sensu. Ja przy nim czuję się taka wycieńczona. Wyobraźcie sobie, że zakuwacie jakiś temat, którego nienawidzicie 24/7 - tak właśnie ja się czuję mieszkając z nim. Jestem energetycznie wycieńczona.

Dlatego wiem co trzeba zrobić. Po powrocie z Polski po prostu, zacznę szukać mieszkania tak szybko jak się da. W zeszłym roku byłam w Polsce miesiąc. Calutki miesiąc kolega D. przesiadywał u niego ile chciał. Praktycznie rzecz ujmując można powiedzieć, że tu mieszkał. Wróciłam z Polski, kolegi u nas nie było, D mnie przytula i się cieszy na mój powrót i biadoli, że bezemnie to już by na pewno umarł, gdybym została następny tydzień w Polsce i takie tam pierdoły. Co się dzieje za dwa dni? Kolega przychodzi jak mu się chce o której mu się chce. Chooj, że mnie nie było ponad miesiąc i przychodził jak chciał. Co za różnica jak wróciłam?

Mimo, że kolega mi powiedział, że chciałby być ze mną gdyby nie D, to szczerze powiedziawszy mam akurat to konkretnie w dupie. Widzi łatwy wyzysk, bo widzi jak zapierdalam i ile za to zarabiam i po prostu myśli, że głupią gąskę sobie załatwił. A ja już po prostu się nie dam. Mam dość tego, że żaden z nich nie bierze mnie na poważnie. Powie sorry i myśli, że sprawa załatwiona. Ile razy już mu mówiłam, że pora gości wyprosić? Jednemu i drugiemu po tyle samo. Kolega siedzi cały czas w telefonie i mówi, że nawet nie zauważył jak czas zleciał? TO SĄ KPINY! A z D jest po prostu tchórz, bo nie potrafi koledze powiedzieć, że czas powiedzieć dowidzenia. Dlatego cały szacunek do kolegi straciłam. Jestem miła, ale go straciłam. Jedyne co mnie trzyma przy D, to to, że nie mogę znaleźć dobrego domu, jest mi go szkoda no i niedługo wakacje w Grecji i Polsce, a wiem że Karolek najlepiej czuje się w domu.

Ale przyżekam, że jeśli kasę na Karolka (którą mu zostawię) wyda nia zioło, to nie ręczę za siebie...
____________

No więc to było tak z grubsza. Po prostu musiałam z siebie to wylać, bo znowu chodziłabym cały dzień wkurwiona i wszystkim by się dostało. A teraz trochę pozytywniej... Zaczęłam ćwiczyć, ale tak hardkorowo, że ledwo oddech łapię i jeśli ćwiczyłam to można mnie złapać późnymi porami na insta @yolofruit , gdzie dodaję relację już po treningu. Taka mała motywacja dla mnie.
____________

Wczoraj stwierdziłam, że skoro pogoda ładna, to zabrałam Karolka do rodziców do ogródka. Ja czytałam książkę, a Karolek zwiedzał wszystkie kąty ogródka (łącznie za domkiem z narzędziami). W końcu się uspokoił po szczekaniu psa sąsiada i stwierdził, że najlepsza miesjcówa jest na moim barku. I tak sobie o to siedział, a ja czytałam książkę.
____________

13.05.2018 _ niedziela
  • awatar szachimatONA: Powiem Ci że ja z perspektywy czasu chyba już nie wierzę w "miłość" "jako taką w "wyjątkowych" ludzi. Naprawdę. Byłam w 3 związkach. Mam męża i zawsze jest tak samo. Najpierw zauroczenie, wszedzie razem, tematy do rozmowy on się stara w mig łapie to co mówisz, tęsknisz za nim itp a potem on zaczyna olewać Twoje zdanie, nie chce mu się nic nawet Cię przytulać i powoli uczucie gaśnie. Zostaje przyzwyczajenie. Taki koleżeński układ. Dziwny jakiś rodzinno-koleżeński gdzie żyjecie obok siebie ale już nie razem. On nie zdradza bo wie że straci wszystko na co pracował, bezpieczeństwo, rodzinę i dom, ty nie zdradzasz bo to samo, no i dziecko jak macie dziecko pozamiatane dziecko wiąże bardziej niż ślub i wspólny kredyt... Ciesz się że nie ma dziecka. Możesz odejść kiedy tylko zechcesz ale wiedz że i tak będzie to samo, delikatnie inaczej ale to samo... w końcu będziecie żyć razem ale osobno.
  • awatar I'm still standing: Ej no masz przystojnego Karolka przecież :) Nie męcz się w związku z facetem, z którym nie widzisz przyszłości.
  • awatar Ewel...: Życie trzeba sobie ułożyć tak, żeby było nam dobrze :) powodzenia Ci życzę i dużo szczęścia:):)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Wczoraj byłam nad morzem i nawet nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo mi tego brakowało. Ale do rzeczy...

Ten wpis dedykuję Karolkowi (mój królik) i jego niewiędnącej zajebistości. Otóż pojechałam nad morze właśnie z królikiem. Za każdym razem mnie zaskakuje jak mało o nim wiem. No więc pakuję nas nad morze - podstawowe sprawy no i spakowana. Idę do Karolka - siedział w moim pokoju. Już wcześniej mu opowiadałam, że będziemy nad morzem więc wiedział co się szykuje. Stawiam przed nim plecak (w którym podróżuje) i zazwczaj ostatnio nie miałam problemów, żeby mu pokazać jak tam wejść (pchasz delikatnie obiema dłońmi, a Karolek robi resztę). No właśnie nie miałam, bo Karolek uciekł od plecaka i pobiegł na górę do kuwety, żeby załatwić sprawy!!! Nigdy wcześniej tego nie robił i byłam pod wielkim wrażeniem (i szokiem), że wiedział, że najpierw trzeba zaliczyć kuwetę, a dopiero potem podróżujemy. Karolek skończył co trzeba i pozwolił sobie wejść do plecaka...

Dobra, idziemy na staję kolejową. Karolek w plecaku, przez ramię torba z najważniejszymi rzeczami, a za sobą ciągnę walizkę z pierdołami na plażę i wystającą parasolką (w sumie to większość i tak była dla niego). Dochodzimy na stację, jeszcze godzina do pociągu - mówię spoko, przynajmniej młody się przyzwyczai i zrelaksuje w poczekalni. Wypuszczam więc go z plecaka do spodu od transportera wyłożonego kocykiem i sobie siedzi grzecznie. Podchodzi starsza kobieta, zafascynowana czarującą osobowością Karolką i lecą pierwsze ohy i ahy jaki to on grzeczy i słodki. Karolek wszystko łyka, jeszcze na dwóch łapkach staje co to nie on, przecież potrafi być jeszcze bardziej czarujący. Gadamy 10 minut, kobieta odchodzi a Karolek marnieje bo stracił zainteresowanie kobiety. Siedzimy sobie tak razem z Karolkiem, aż w końcu przyszła pora na nasz pociąg.

Wychodzimy z poczekalni do pociągu ale wszędzie zapchane, wszędzie madki z brajankami i wózki niczym terenówki ale udaje nam się przecisnąć. Dochodzimy do miejsca a tam siedzi rodzina 500+, wszystkie miejsca pozajmowane, a na moim jest mały brzdąc. No więc wchodzę i przepraszam że taka ze mnie mało kurturarna osoba, no ale booking był i miejsce moje. Oczywiście, problemu nie ma no i z Karolkiem siadamy przy oknie. Starszy pan koło mnie bardzo miły, fajnie się rozmawia, a reszta dzieci. Ponad godzinę podróży kolejne ahy i ohy jaki to on grzeczny, a Karolek się rozłożył w transporterze i mieli zęby bo wreszcie dostał od wszystkich uwagę.

Dojechaliśmy do Cleethorpes, wreszcie upragniona plaża, ale trzeba pójść z dala od ludu bo dzieci piszczą. W końcu znajdujemy nasze miejsce (Karolek dalej w spodzie od transportera, więc wszystkie ręce miałam zajęte), ale schody na plaże zmielone falami z zimy. Dobra, wracamy się na inne schody, znajdujemy miejsce na piachu i ból bo cienia nie ma, a bez cienia Karolek skończy jak pasztet. Więc prosimy w miarę spokojną rodzinę, żeby okiem lukneli na nasz asortyment, a my w tym czasie powędrujemy po wiatrochron. No i wracamy się do budki (jakieś 5 minut drogi i znajdujemy). Pan mówi 3.50 i wracamy z niewygodnym towarem na plażę.

Dziękujemy rodzinie za dopilnowanie towaru i razem z Karolkiem idziemy bliżej morza, gdzie piach jest zimniejszy. Słońce piękne, ale wiart za to w futerko mocno dmucha. Biorę w końcu ten wiatrochron i próbuję całą moją złość przełożyć we wbijanie tych drewnianych włóczni - bezskutczenie. Wiatr tak tym miota, że nie miałabym szans dopóki po jakimś czasie młoda dziewczyna do mnie nie podeszła z młotkiem. Nigdy chyba tak nie byłam szczęśliwa w beznadziejnej sytuacji. Zaraz potem przychodzi jej rodziciel i poprawnie wbija włócznie - efekt? Po 10 minutach poniżającej walki, wreszcie mogłam schować Karolka w cieniu. Dziękuję obojgu i zabieram się w rozkładanie naszego ekwipunku.

Karolek rozłożony w piachu jak bagietka, ja walczę z kocykiem który pod wpływem wiatru zaczął mieć dodatkową funkcję latania. Na szczęście buty go trochę uziemiły. Okazało się, że parasolka również nie była na marne bo wiatr wiał z dwóch stron. Co było dla mnie największym zaskoczeniem, to to, że kiedy Karolek wreszcie się zrelaksował, zaczął jeść sianko!!! I to nie, że przez przypadek wziął jedno źdźbło, nie! On zjadł praktycznie wszystko co z nami było. Nidgy wcześniej nie jadł podróżując ze mną. Zawsze musiał dostawać przysmaki, ale nigdy sianka nie tknął.

Dumna z siebie i z Karolka, rozłożyłam się plackiem na kocyku, wtulona w parasolkę broniąc się przed zimnym wiatrem. Nawet słońce nie mogło mnie rozgrzać. Karolek zadowolony, bo siedzi w cieniu, łapki rozłożone wzdłuż i szerz. Zamykam oczy, żeby nacieszyć się krótkim dniem nad morzem. Otwieram oczy, patrzę, że Karolka nie ma ani w transporterze, ani w plecaku, ani w walizce, no nigdzie. Zaczynam pluć sobie w twarz, że zdjęłam mu te szelki z medalikiem i zaczynam się rozglądać, w którą stronę mógł uciec. Ale przecież królik na plaży wywołałby sensację, a wszędzie cisza, więc chyba nie wyprował skoro w cieniu grzecznie siedział? Odpowiedź była pod parasolką. Karolek spierdzielił przed wiatrem. Może i jestem chujową panią domu, ale za to królik na prawdę mi się udał. Wiedział, że jak ucieknie to ciężko będzie wrócić, więc jak bochenek skulony siedział pod pampelą (tak wołałam na parasolkę jako dziecko). Emocje ochłonęły. Karolek wrócił do transportera, a ja przypięłam górną część, żeby go broniła przed wiatrem. I tak sobie siedział, a ja leżałam na kocyku nieświadomie piekąc sobie ramię na słońcu.

Mimo, że Karolek był zrelaksowany i nie wołał do mnie, to jednak było mi go żal, że on tam a ja tu (bo w końcu na wycieczce razem) i przyszurałam kontener z królikiem do siebie. Ręcznikiem owinęłam opakowanie, żeby Karolka nie smażyło w środku i tak sobie dwie godzinki leżeliśmy. Z Siostrą zamieniłam kilka słów na messengerze, a potem była pora na zbieranie się. Karolek grzeczny, ale nie podobało mu się, że w plecaku musi siedzieć. Nie miałam wyboru bo włócznie trzeba było odnieść, a nie było mowy o powrocie do rzeczy zostawionych na plaży. Tak więc tułając się powoli w końcu doszliśmy do budki, żeby oddać ten nadbagaż. Poszliśmy z Karolkiem po ciepły napój i rozsiedliśmy się wygodnie przy stole na zewnątrz.

Niestety plaże w Anglii mają to do siebie, że przciągają całe rzesze idiotów, którzy myślą, że głośna muzyka, łokieć na drzwiach i podkręcone obroty w samochodzie czy zdjęty tłumik z motóra, sprawi że będą kul. Zmuszeni hałasem, przenieśliśmy się na molo, gdzie było więcej spokoju. Przesiedzieliśmy tam jakiś czas, bo wiatr nie dawał spokoju i udaliśmy się w stronę wegańskiej knajpy, którą mieliśmy nadzieję, że będzie otwarta. Czekaliśmy na ławkach przy plaży z wielką nadzieją, ale knajpa była zamknięta.

W końcu udałyśmy się po ostatni napój, a potem już tylko do pociągu. Znowu 500+ zajmowało nasze miejsce, ale nie było problemów z przejęciem. Niedługo potem wysiedli. Karolek dostał miejsce z widokiem na okno i znowu była rozmowa o królikach i innych takich różnych. Po całym dniu łażenia, w końcu złapała mnie chęć skorzystania z toalety i biorę Karolka pod pachę. Miła rodzina, która opowiadała o swoich świnkach morskich, mówi że mogę zostawić z nimi (następna stacja za 30 min, a tyle na pewno mi nie zajmie). No dobra, więc tłumaczę Karolkowi, że idę do toalety i ma być grzeczny (kiedyś jak poszłam na plażę, to mu się nie podobało i zaczął uciekać rodzicom z koszyka), bo nie wiem jak zareaguje. Wracam, a Karolek rozłożony w swoim miejscu i je sianko jak królewicz! No naprawdę nie mogłam wyjść z podziwu. Taki był dzisiaj grzeczny, że przeszedł wszystkie oczekiwania. Spakowałam go do plecaka, bo niedługo wysiadamy, wszystko przygtowane i do domu.

W domu jak tylko poczuł, że jest u siebie to od razu do toalety. No więc takiego mam mądrego królika. Teraz tylko musimy pogadać o załatwianiu spraw, żeby mi nie zachorował od trzymania tego wszystkiego w sobie jak podróżujemy. Jeszcze jak wrócilismy do domu, to jakimś cudem koło Karolka był ślimak. Z D się śmieliśmy, że Karolek załatwił sobie zwierzaka xD To tyle na dzisiaj kochane, mam nadzieję, że pogoda dopisuje <3
____________

08.05.2018 _ wtorek
 

 
Dawno mnie nie było. Powiem szczerze, że ciężko mi jest tutaj skrobnąć i wyrzucić z siebie co się ostatnio stało. Nawet nie wiem od czego zacząć... Myślę, że najlepiej od najgorszego, a potem będzie już tylko lepiej. Przygotujcie się na dłuuugi wpis. <3

No więc ostatni raz tutaj byłam kilka dni przed pogrzebem PP. Wtedy czułam się całkiem spoko, ale pogrzeb na prawdę mnie dobił. Weszliśmy do pomieszczenia, gdzie pogrzeb był odprawiany (nie znalazłam lepszego słowa). Skromne pomieszczenie, na końcu sali trumna i wtedy we mnie pękło. Doszło do mnie, że to koniec i więcej Jej już nie zobaczę fizycznie. Czułam się, jakbym była na pogrzebie siostry/przyjaciółki/rodziny. Uczucie na prawdę nie do opisania. Kilka dni wcześniej zostałam poproszona przez rodziców PP, żebym napisała coś ogólnego o PP, żeby ksiądz wiedział jaka była, co mógłby o niej powiedzieć. Jaka była, co lubiła, itp. No i napisałam, kilka zdań ładnie splecionych, ale nic specjlanego. Okazało się, że przeczytali to na mszy. To było na prawdę miłe. Potem stypa, ale widać było po mamie PP, że ledwo się trzymała i chciała mieć już to za sobą - jak każdy z nas.

Pogrzeb był w czwartek. W piątek jakoś się trzymałam, ale w sobotę po prostu mnie rozwaliło. Od samego rana, coś we mnie siedziało, jakiś emocjonalny ból, którego nie można było się pozbyć. Siedział we mnie, a D wcale nie był lepszy z jego humorami jescze bardziej mnie dobił. Próbowałam się dodzwonić do Taty - cisza. Do Mamy - chyba z pięć razy ale mi się udało. Rozpłakana opowiadałam jej, że najpierw Bunia w zeszłym roku odeszła, a teraz PP i kto następny? Babcia ledwo co się trzyma na ostatnim włosku, z Dziadkiem wcale nie jest lepiej. No i Mama powiedziała co mogła, pogadałyśmy chwilę i niedługo potem mnie zabrali na swoje zakupy. Z Mamą poszukałyśmy butów i tyle w sumie w temacie.
____________

Jeśli chodzi o ostatni post - o moim problemie z grupami. Udało mi się wreszcie porozmawiać z psychologiem. Powiedział (mniej więcej), że nie mam się czego obwiniać, bo to nie jest moja wina. Mój mózg się po prostu tak rozwinął. Zostałam odepchnięta przez rówieśników/stado, kiedy jest to najważniejsze (bo dzieci się uczą od siebie nazwajem, itp.) i teraz po prostu mózg mnie "broni" przed odrzuceniem, przed tym bólem i dlatego nie czuję się komfortowo w grupach. Pogratulował mi, że jestem wierna sobie, że nie próbuję na siłę przypodobać się innym, tylko dlatego, że czuję się samotna i że robię kawał dobrej roboty, skoro potrafię się zająć PP jak to było w przypadku tej jednej osoby, która odeszła. I broń boże nie próbuję się tutaj wychwalać w niebiosa, po prostu dzielę się z Wami moją prywatną rozmową.
____________

D znowu przegina... Zaczęłam w kalendarzu zaznaczać kiedy kolega przychodzi i jak długo zostaje. Stawiam czerwony krzyżyk kiedy przyjdzie za wcześnie, albo zostanie za długo. Kalendarz ma już wszędzie czerwone krzyżyki. Już nie mam sił, ale szukam mieszkania ze spłódzieli. Wszystko wygląda na to, że dostanę poza miastem, ale może jest nadzieja, że sąsiadka która ma królika przygarnie mnie na jakiś czas (o tym za chwilę).
____________

Pamiętacie Beth? Beth do mnie przychodziła na babskie pogaduchy po pracy, potem dołączała jej Mama i tak sobie siedziałyśmy. Ostatnio u niej cicho było i nie wiedziałam o co chodziło. Okazało się, że też Jej Babcia odeszła i niedługo potem jej wujek. I mnie też to dobiło. Wiem, ciężki jest ten dzisiejszy post, ale teraz będziej już tylko lepiej.
____________

No więc teraz trochę o Karolku. Zabrałam go wreszcie na pokaz małych zwierząt organizowany przez schronisko świnek morskich i zajął pierwsze miejsce!!! Taki był z siebie dumny! Z D się śmiejemy, że oszukiwał. Już tłumaczę. Z racji faktu, że to był bardziej pokaz dla świnek morskich, to królików było tylko 4 w ciągu całego dnia. Na szczęście króliki miały własną kategorię - Beautiful Bunny. Królika należało przynieść, włożyć do koszyka na stolik i sędziowe przechodzili i oceniali. Z racji, że praktycznie dopiero co przyszliśmy z Karolkiem, nie miałam w co go włożyć i z posłaniem dałam go do koszyka. Karolek cały czas wyglądał łepkiem gdzie on jest i nie było go za bardzo widać. Wywróciłam więc go z posłania i zostawiłam w skrzynce. Karolek przestraszony, nie wiedział co mu jest. Odwrócił się w moją stronę i stanął na dwóch łapkach z chęcią wspięcia się na moje ramię no i go wzięłam na ręce. Zobaczyli to sędziowie i powiedzieli, że nigdy czegoś takiego nie widzieli. Po cichej naradzie, przystąpili do ogłoszenia zwycięzców. Będąc całkowicie szczera, nie sądziłam, że Karolek coś wygra. Bardziej chciałam, żebym trochę się zsocjalizował z innymi zwirzętami. No ale wygrał i zajął pierwsze i jest z siebie na prawdę dumny.
____________

A propos królików. Opowiadałam Wam chyba kiedyś, że poznałam dziewczynę która miała samiczkę królika i chciała (tak samo jak ja), żeby młoda miała przyjaciela. Młoda na imię ma Nala. Umówiliśmy ich więc na randkę, ale żadne nie było zainteresowane. Tamta była trzymana w klatce kiedy Karolek przyszedł w gości. Podszedł bliżej do klatki, warknął tupnął łapkami i uciekł za mnie. Potem to Karolek był w klatce i on próbował zaatakować Nalę. Nie pomaga fakt, że jej właścicielka jest bardzo przewrażliwiona na jej punkcie dlatego, że jej poprzedni królik odszedł (traumatyczne przeżycie). No cóż... Robiłam to jedynie dla Karolka, żeby miał zajęcie i z kim się pobawić.

Drugą okazję miałam na pokazie zwierząt, zabrałam go do królików które były za klatką, żeby Karolek mógł się przywitać, ale warczał i uciekał z powrotem do mnie. Po tym "incydencie" stwierdziłam, że nie ma co go zmuszać, skoro nie chce, to nie. Najwyraźniej jest szczęśliwy. Nawet Tracey powiedziała, że jest bardzo zazdrosny o inne króliki i nie chce mieć z nimi nic wspólnego xD

No dobra, umówiliśmy się znowu na kolejną "randkę" z Nalą. Straciłam już wszelką nadzieję na jakiekolwiek łączenie Karolka w pary. Przyszliśmy bardziej z powodu Naly, która nie czuła się najlepiej bo miała kolejną wizytę u weterynarza. Z tego jak króliki reagowały widać było, że Nala jest bardzo terytorialna i nie podobała jej się kolejna wizyta Karolka. Karolek też uciekał za mnie, tupał i chował się za bluzę. W końcu tamta chciała ugryźć Karolka. Właścicielka nie mogła uwierzyć.

Najbardziej ubaw mam z Karolka. Powinien jeść sianko praktycznie cały dzień (a ma go wszędzie). Ale on je tylko w sumie rano i wieczorem i jeszcze na siłę muszę mu podsuwać to sianko pod nos. Dlatego wzięłam go wtedy do weterynarza a wet na to, że królika rozpuściłam. No właśnie... Ale zawsze jak z Karolkiem idziemy w miejsce, gdzie są zwierzęta sianko-żerne, to od razu się bierze za jedzenie sianka! Nigdy nie chce jeść, jak podróżujemy. A tu bam! Poszliśmy na pokaz zwierząt, wszyscy jedzą sianko to i on! Jesteśmy u Nali, Nala cały czas je sianko, to i on! I wtedy do mnie doszło, że koty są karmione dwa razy dziennie (mają główny posiłek - mokre jedzenie) i Karolek je podobnie do nich. Po prostu nabrał od nich nawyków. I teraz to wszystko tłumaczy. Przynajmniej teraz wiem, że tak do końca nie jest teraz rozpusczony xD
____________

No i znowu temat królików. Mam sąsiadkę, P. P zawsze widziała Karolka i po prostu rozpuszczała się. Zawsze się jej podobał. Wczoraj puka do mnie do drzwi i mówi, że dostała królika od chłopaka, Lucjan się nazywa xD No i prosiła o wszystkie porady, itp. Niestety do pracy się zbierałam, ale coś czuję że chyba Karolek będzie miał nowego kolegę, zwłaszcza że tamten ma dopiero 13 tygodni xD
____________

Zmiana tematu. Dokładnie nie pamiętam kiedy ale w pewną sobotę w kwietniu, stwierdziłyśmy z Mamą, że zabieramy się do Sheffield na kawę i schadzkę. Mama wie jak bardzo lubiłam z PP tam jeździć no i zaoferowała, że pojedziemy. Było na prawdę przyjemnie, wreszcie miałam Mamę tylko dla siebie (z wyjątkiem jak zadzwoniła do Dziadków i komentowali moją wagę - a chooj ich to obchodzi?).

No ale chodzimy, sobie chodzimy. W końcu powiedziałam Jej, że przeglądałam te broszury odnośnie wycieczek w sieprniu, ale nic ciekawego nie znalazłam w Anglii. W Sierpniu minie 10 lat jak z Mamą przeprowadziłyśmy się na stałe do Anglii i chciałyśmy to uczcić jakimś wypadem na weekend. Tylko nas dwie, gdzieś w Anglii żeby się odprężyć. No i w końcu mnie oświeciło. Mówię do Mamy, żebyśmy poszły do biura podróży, żeby zobaczyć co mogą nam zaoferować. Mama, że nie bo mamy godzinę do pociągu i takie tam. No to ja, że idziemy pospacerować ale jak trafimy na biuro podróży to wchodzimy. No i się trafiło xD

Wchodzimy, mówimy, że najtańsze, żeby było ciepło i żeby można było pochodzić po mieście i zwiedzać. No i nam pokazuje cenę, a nam szczena opadła! Pytamy się czy to za jedną noc, a ona że za cały tydzień!!! Łącznie z samolotem, dojazdem autobusem z lotniska do hotelu, hotelem, śniadaniem i powrotem! Wyszło nam jakieś 350 funtów od osoby. No i siedzimy z Mamą przed tym monitorem, uśmiechamy się jak te głupie. Mówię do Mamy, że nie musimy kupować, bo oni mają remont, jeszcze do Polski jadą ale przynajmniej teraz wiemy, co możemy zrobić i ile to kosztuje. W końcu wychodzimy z biura, a Mama mówi: "Żartujesz, przecież jedziemy" xD

No więc tak Kochane, o to po raz pierwszy będę na wakacjach za granicą. Wylot 6 czerwca, powrót 14 i z Mamą będziemy szaleć w Grecji xD

D zajmie się Karolkiem przez tydzień i będzie miał szansę udowodnić, że da radę jak polecę do Polski na 2 tygodnie w sierpniu.

Tata nazywa Karolka "chomikiem" co jest umyślnym umniejszeniem jego króliczej godności i powatarza to tak często, że zaczęłam mu wierzyć, że na prawdę go nie lubi. Mój Tata został trochę inaczej wychowany w stosunku do królików - on je jadł jako dziecko (na obronę, w tamtych czasach nie było nic innego?). No i ostatnio Tata komuś odpisał na komentarz "Moja córka ma wspaniałego królika..." - no normalnie aż mi w oczach świeczki stanęły <3 jeszcze do Mamy powiedział (ale to między nami), że myśli żeby odwiedzić Karolka kilka razy jak mnie z Mamą nie będzie, żeby "sprawdzić czy ma sałatę". No po prostu brak mi słów. Dziękuję Tato <3
____________

Dzisiaj już chyba nie mam nic więcej do opowiedzenia. Wpis i tak jest już długi, dziękuję jeśli wytrwałaś do samego końca. Na prawdę doceniam zaangażowanie. Mam nadzieję, że Wy również macie udany weekend. Ja za to zmykam na tydzień wolnego od pracy. Buziaki! <3
____________

06.05.2018 _ niedziela
 

 
Nie wiem czy Wam mówiłam, ale będąc w zerówce, dzieci nie chciały się ze mną bawić. Jedna z dziewczyn rozpowiedziała, że moja choroba (atopowe zapalenie skóry) jest zaraźliwa i przez to wszyscy unikali ze mną kontaktu. Nie wiem czemu, ale wywarło to duży wpływ na mojej psychice. Od tamtego czasu czuję się odpychana i nieakceptowana przez dosłownie wszystkich, mimo że są ludzie którzy poprostu mnie lubią (nie mówię tego z powodu ego, tylko stwierdzam fakt). Większe grupy osób po prostu mnie przerażają i nie potrafię się "wtopić". Nie potrafię należeć do grupy. Jest grupa i jestem ja.

Tak było od zerówki. A jaka byłam przed zerówką? Jeśli poszłam gdzieś na plac zabaw, albo do lekarza, zbierałam wszystkie dzieci do kupu i nie było że ktoś się nie bawił. Po prostu nie było mowy, że ktoś odmawiał. Wszyscy się bawiliśmy i nie było lepszego i gorszego. Tak przynajmniej Mama mi opowiadała. Ale czar prysł w zerówce, kiedy zostałam odepchnięta przez wszystkich.

Próbowałam na to patrzeć z różnych stron, żeby pomóc samej sobie wyleczyć tej wielkiej rany w psychice, ale w sumie nic nie pomogło. Nawet zrozumiałam, że to mogło się stać po tym jak dzieci się wszystkie bawiły ze mną a ona poczuła się zagrożona i wszyscy byli potem pod jej "kontrolą" (jej mama była nauczycielką w drugiej grupie w zerówce, więc wyczuli autorytet). Ale mimo wszystko dalej CZUJĘ się "zakompleksiona" mimo, że WIEM że nic ze mną nie jest złego. Po prostu nie czuję się częścią otoczenia. Jestem ja i ono, ale nigdy my.

Ostatnio byłam u Mamy w niedzielę po pracy i rozmawiałyśmy o tym. Zawsze myślałam, że rodzice o tym nic nie wiedzieli. Okazało się, że Mama wiedziała. Powiedziała, że rozmawiała z Mamą (B.) tej dziewczyny (I.) która z resztą była jej koleżanką ze szkolnych lat. Mama powiedziała B. że I. roznosi po grupie opowieści o mojej chorobie, żeby dzieci się ze mną nie bawiły. Mama dodała, że rozumie, że jako matki nie mają wpływu na to co dziecku ślina na język da, ale żeby po prostu porozmawiała. B. powiedziała Mamie, że bardzo jej przykro, że jej własna córka tak robi. Mama powiedziała, że z B. zawsze mieli dobre kontakty i B. była bardzo empatyczna. Nie wiem jak potem I. na to zareagowała.

Co próbuję przez to powiedzieć? Chcę to zakończyć. Chce się wreszcie przestać tak czuć. Chcę zamknąć ten rozdział. Tak jak przeszłam przez depresję, tak przez to nie umiem. A wiem, że powraca całe zdarzenie do mojej świadomości, żebym mogła coś z tym zrobić. Chyba zadzwonię do psychologa w czwartek, żebym mogła to wreszcie za sobą zamknąć. Rozumiem, że to może zająć nawet i rok i dłużej, ale bardzo chcę zakończyć to jak się z tym czuję.
____________

18.04.2018 _ środa
  • awatar .Miss Independent.: Skąd ja to znam.... Miałam od samej podstawówki to samo... nie akceptowana, traktowana jak gorsza, nie potrzebna, nikt nie chciał się ze mną bawić, zawsze sama. Pech chiał że do samego końca gimnazjum stale z tymi samymi osobami, przez co po gimnazjum w szkole nie mogłam się odnaleźć i wbić w żadną grupę. Uraz i strach przed odrzuceniem mam do dziś. Niestety ale jak jest nam od dziecka coś wpychane, jak mi że za gruba, gorsza, brzydsza to niestety odbija się to na psychice nawet dorosłej osoby.
  • awatar Help Me :'(: Na pewno teraz nikt nie myśli, że jesteś gorsza, nie jestes !!! Powodzenia ! :* :)
  • awatar Sylwia Lisiewicz15: Wiem jak to jest być "tą odrzuconą"od społeczeństwa. Jestem osobą niepełnosprawną od urodzenia i od zawsze ktoś widział we mnie same kłopoty i przez to często cierpiałam na braku znajomych oraz sama zamykałam sie w sobie i uważałam,że tak musi być,że nie mam prawa do bycia szczęśliwą. Dopiero 4 lata temu weszłam tutaj na Pinger i założyłam bloga,odkryłam,że to mój drugi dom. Poznałam fantastycznych ludzi. Zawarłam niejedną znajomość i otworzyłam się na innych. Dostałam lekcję,którą zapamiętam do końca życia,bo nauczył mnie jej ktoś kto był dla mnie ważny i nadal jest. Poznałam go tutaj i nigdy o nim nie zapomnę,pokazał mi,że świat nie musi być szary, a ludzie nie muszą być źli tylko ja niepochłonięta złymi nawykami zrobiłam okropne świństwo i teraz tego bardzo żałuje. Uśmiechaj sie i nie poddawaj sie mimo,że nie każdego dnia świeci słońce to może właśnie jutro wyjdzie za chmur.Pozdrawiam i zapraszam do mnie
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Planuję, żeby w dzisiaj zaraz po północy wysłać aplikację o mieszkanie ze spłódzielni (wtedy jest nowa lista). Boli mnie myśl, jak się on poczuje kiedy mu powiem, że chcę się wyprowadzić. Ale na prawdę nie chce tu mieszkać. Jak mam sobie wyobrazić, że mam tu spędzić kolejny rok z nim i jego kolegą, albo resztę życia z nim (...i jego kolega...) to aż mnie w żołądku ściska od tego. Widzę siebie starą, żyjącą z nim w stanie wegetacji. To jest, o ile nie miała bym jaj żeby wyprowadzić się wcześniej.

Po prostu psychicznie już tego nie ogarniam. Czuję nerwicę jak mam myśleć o takiej przyszłości. Jest prawdziwym wampirem energetycznym i ja już dalej tak nie mogę. Marzy mi się mieszkanie z Karolkiem, z ogrodem. Chuj, że będzie daleko od miasta - przecież są pociągi. Jakoś się to ogarnie. Wierzę, że Universe is looking after me i pomoże mi znaleźć najlepsze wyjście z sytuacji.
____________

Niedługo po napisaniu tekstu wyżej, znazłam pchły na Garfildzie!!! Chuj że pchły ale wirusy które roznoszą jebane pchły mogą zabić Karolka (królika) i o to się najbardziej boję. Poszłam od razu do weterynarii po krople, ale poprosili, żebym wróciła z kotami żeby mogli je zważyć po odpowiednią dawkę. Kurna, i znowu pieniądze lecą z konta na je**ne sierściuchy. Wybaczcie, ale kotów po prostu nienawidzę. I to jeszcze jego koty, a nie moje ale on nie ma oszczędności więc cały obowiązek spada na mnie [zła]. Po prostu nie mogę być z tak nieodpowiedzialną osobą jak on. MĘCZY MNIE TO JUŻ!!!

Wróciliśmy właśnie od vet'a. Zgadnijcie kto zapłacił za krople od pcheł? JA! Jeszcze po tym jak przyszliśmy do domu się do mnie przymilał ale k***a nic o oddaniu kasy, czy chociażby zwykłe, chujowe dziękuję. W dupie mu się już poprzewracało, nie jestem jego matką czy babcią żeby na niego zarabiać czy utrzymywać.
____________

A propos wampirów energetycznych to Anthony William polecił książkę Dodging Energy Vampires: An Empath's Guide to Evading Relationships That Drain You and Restoring Your Health and Power - Dr Christiane Northrup. Nie wiem czemu, ale pociągnęło mnie żeby ją kupić. Ma dopiero w poniedziałek przyjść kurierem ale dam radę... I tak teraz będę miała dużo do załatwiania.
____________

Wzięła mnie chęć na jedzenie wrapów na śniadanie. Z racji faktu, że nie mogę jeść glutenu/pszenic i innych chujostw (bo skóra mi się popsuje), to muszę wykombinować takie co się nie rozwalają ale można je szybko zrobić. Przepis już znalazłam, teraz tylko zostało wykonanie. Dam Wam znać jak mi wyszły <3
____________

18.04.2018 _ środa
 

 
No więc Kochane moje, pora żebym znowu z siebie wyrzuciła kilka myśli...

Wczoraj wróciłam z pracy, kolegi nie było. D nawet mi powiedział, że kolega nie będzie tak często przychodził. Spakowałam Karolka i pojechałam do rodzciów. Pogadałam z Mamą trochę a potem przed 22 Tata nas zawiózł z powrotem do domu. Jakież było moje zdziwienie, kiedy wchodziłam do domu a kolega w pośpiechu wychodził...

Mniejsza o to, byłam padnięta ale chciałam poćwiczyć przed spaniem. Muszę Wam się przyznać... Zakochałam się w yodze. Tak jak kiedyś nienawidziłam, bo była dla mnie za nudna i chciało mi się spać, tak teraz się zakochałam. Jak zwykle jestem wybredna więc robię to tylko z filmikami jednej dziewczyny. Żadnej innej nie chcę próbować, ta na mnie działa tak kojąco <3 z każdym ruchem ciała, czuję miłość jaka od niego bije. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że yoga może mieć taki wpływ na psychikę. Nawet łatwiej mi jest teraz medytować...

Zdałam sobie sprawę, że nie da rady żeby udało mi się schudnąć 30kg do ślubu siostry ciotecznej w sierpniu w Polsce. Musiałabym się zagłodować. Albo chudnąć jakieś 2kg tygodniowo, a to nie jest zdrowe. Co prawda mogłabym przejść na witarianizm i by mi się na bank udało przez ten okres (surowy weganizm) ale wiem, że to by mnie wykończyło psychicznie (i skończyłoby się na jeszcze większym jedzeniu niezdrowych rzeczy).

Wolę robić to swoich warunkach i kilogram po kilogramie powolutku zchodzić, wyhodować w sobie nawyk (zamiast skakać z kwiatka na kwiatek jak kiedyś). Teraz mam w sobie tyle samozaparcia, że wiem że mi się uda. Wyznaczyłam sobie cel 70kg do sierpnia, myślę że rozsądny. To oznacza, że mogę minimalnie zrzucać z siebie 0.6kg tłuszczu tygodniowo. Nie powoduje to na mnie żadnej presji, czuje że tak jest spokojniej.

Yoga na prawdę dała mi to poczucie bezpieczeństwa i miłości do samej siebie. Żyjemy w świecie, gdzie cenione jest kiedy człowiek we własnym pocie zażyna się na śmierć po to by być najlepszym. Robiąc to, zapominamy o nas samych, o naszych emocjonalnych duszach, które też muszą być zaspokojone. Mamy duchowe potrzeby i niestety dzisiejszy rozwój cywilizacji sprawia, że nasza dusza jest zagłodzona. Pragniemy kontaktu z innymi ludźmi, pragniemy przyjemności, pragniemy miejsca do którego przynależymy, pragniemy braku poczucia winy za rzeczy których chcemy/chcemy zrobić.

Na poziomie duchowym, jesteśmy zombie. Nie dość, że większość je martwe ciała zwierząt zabijanych w torturach (nie oceniam nikogo, stwierdzam po prostu fakt), pije płyny które przeznaczone są dla ich potomstwa, siedzi całymi dniami przed komputerami/telefonami szukając tej jednej jedynej osoby z którą mogliby się połączyć, to jeszcze religia za którą ślepo podążamy nie ma nic wspólnego z duchowością. Duchowość nie ma nic związanego z klękaniem przed "bogiem" i proszenie o litość, bo się człowiek urodził z grzechem. To są jedynie stare klapki na oczy założone przez kleryków żeby ludem łatwiej można było kierować. Co próbuję przez to powiedzieć?

Gdyby religia miała na prawdę COŚ (cokolwiek) wspólnego z duchowością, to nie czulibyśmy takiej pustki w środku mimo tego jak szybko teraz się zmienia świat w którym żyjemy. Duchowość pozwala Ci znaleźć spokój, czerpać radość z małych rzeczy i przede wszystkim nie ma nikogo ponad Tobą. Jesteś tylko Ty i Twoja Dusza i Wszechświat. Nie ma żadnych spowiedników, kapłanów i powierników. Ty masz kontrolę nad własnym losem i sama przerabiasz własne lekcje. Nikt Ci nie mówi jak masz żyć, bo sama to czujesz. Wiesz i ufasz co jest dobre, nie potrafisz skrzywdzić. Pozwalasz żyć drugiej osobie ich własnym życiem, bo Ciebie to nie obchodzi co oni robią. Nikt nie wtrąca się w Twoje i Ty nie wtrącasz się w kogoś. Po prostu żyjecie w spokoju, poszanowaniu i wdzięczności.

Obojętnie która religia, zawsze są jakieś prawa postępowania i obowiązki których trzeba przestrzegać. Nie ma religii, która akceptowałaby wszystkich. Zawsze musi być jakiś podział. W duchowości po prostu jesteś Ty. I jest druga osoba. I trzecia. I wszyscy jesteście jednością. Nie wtrącacie się we własne życia. Pomagacie nawzajem kiedy to potrzebne, ale nikt nie wchodzi sobie w drogę.

Powiem Wam na własnym przykładzie, że dopiero kiedy zdecydowałam się odejść od religii (a moi rodzice są zapartymi katolikami), zrozumiałam jakie klapki miałam na oczach. A najgorsze jest to kiedy trzeba postępować wg. czegoś/jakiś zasad. Kiedy Kowalski chodzi do kościoła co niedziele ale już Jankowscy przestali, to wielka plota na całą wieś bo jak to możliwe, że tacy co boga kochają a wg. zasad nie postępują.

Chyba to mnie tak na prawdę w Polsce najbardziej wkurza. Ta namiętna chęć podążania za głupimi zasadami, obojętnie czy religia, czy przypadkowy błąd ortograficzny, wszyscy Ci od razu wytkną w Polsce. Byleby tylko wytknąć błąd, bo już wszyscy mają ból doopy.

Szczerze wszystkim polecam wyjazd za granicę na jakiś czas. Człowiek zaczyna nabierać dystansu do siebie, jest mu lżej. Przestaje się identyfikować z fałszywością. Oglądasz polską telewizję i widzisz jakie afery robią, ludzie tym żyją a potem rząd i tak robi po swojemu (tylko po cichu). Wyjazd za granicę na pewno pomógł mi się otworzyć na świat, na prawdę się zmieniłam przez te ostatnie 10 lat. Wam też polecam. Oczywiście do niczego nie zmuszam. Wiem, że to też nie jest realne dla wielu osób. Mówię tylko jako forma rekomendacji, na chorą duszę <3

Na sam koniec życzę Wam, żebyście wszystkie znalazły wewnętrzny spokój *namaste

16.04.2018 _ poniedziałek
 

 
Aaaaaaa... Mam taki mętlik w głowie i nerwicę, że muszę z siebie wszystko po prostu wyrzucić bo tego nie da się ogarnąć normalnie.

Pamiętacie zapewne, jak D się zalewał łzami i zapierał, że kolega nie będzie już przychodził, a potem zmienił zdanie i że będzie przychodził ale na krótko. No więc Kochane... Przez ostatni tydzień, zaczęłam rejestrować o której kolega przychodzi i wychodzi. Potrafi przyjść tak wcześnie jak 12 po południu jak dzisiaj, albo tak późno jak 21.30 i zostać do 23!!! Zostaje TYLKO do 23 bo ostatniego czasu warknęłam na obojga.

W czwartek jestem w domu, jest już 22 i pytam się dwóch czy na coś czekają, a siedzieli w dużym pokoju. Kolega grał na komórce, a mój na stojąco jadł resztki po obiedzie. Mówią, że nie na nic nie czekają. Pytam się czy kolega na coś czeka. Mówi, że nie. Więc się go kulturalnie zapytałam, co jeszcze robi bo chyba już godzina do domu. D wyczuł sprawę i WYSZEDŁ DO KUCHNI!!! Zostawił mnie sam z jego kolegą, żebym mu powiedziała, że ma iść do domu! Patrzę na niego i mówię, że chyba sobie żarty robi, bo stawia nas obojga w niezręcznej sytuacji. I zawsze od kolegi słyszę to głupie "Przepraszam" albo "Przykro mi, że tak późno przyszedłem". A wiesz co? Możesz sobie w dupę wsadzić to przepraszam, bo nie jest szczere.

Dzisiaj już dzieliło mnie tylko tyle -->..<-- żebym powiedziała D, że chcę się wyprowadzić. Wczoraj pojechałam do sklepu zoologicznego, żeby kupić karmę dla kotów D i był ten śmieszny koleś z którym się zawsze dogaduję. Mieliśmy taką wyluzowaną rozmowę, kurwa no nigdy nie takiej nie miałam z D. Zawsze muszę słuchać jego wykładów i pierdół na temat wszystkiego i niczego, ale ja nie mogę się odezwać bo zaraz wchodzi mi w słowo.

Teraz konkretnie pierdolę, wyjdzie jakaś chata ze spłódzielni, nawet żeby miała być poza Doncaster, to biorę. Chuj, że będę musiała płacić za pociąg, żeby się dam dostać ale przynajmniej będę mieszkała w jakiejś małej wsi i będę miała spokój razem z Karolkiem.
  • awatar Ewel...: @hononey: kiedyś żyła w takim trójkącie właśnie.
  • awatar .Miss Independent.: Ja miałam kiedyś faceta który swojego kumpla brał wszędzie, sliśmy do kina z kumplem jego, na jedzenie z kumplem :D To się posypało szybko bo ja taka jak ty nie jestem by z tym życ bo ile można :)
  • awatar hononey: @Ewel...: Ojjjjj Kochana, gdybyś znała moja historie... Kolega zawsze jest. Praktycznie to 3eci domownik i mój "nie ma serca" go wyrzucić. Przesiaduje u nas całe dnie. Mojemu powiedziałam że to ostatni raz i że jak sprawy się spierdolą to się wyprowadzam. Coś czuję że to będzie niedługo.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Dzisiejsza waga: 81.8kg (kiedy ważyłam się ostatnim razem, waga miała słabą baterię i dlatego pokazywała tak niską wagę)

W poprzednim wpisie zapomniałam Wam powiedzieć, że zabrałam serduszko Buni do pracy, żeby mi było raźniej.

Niedziela w pracy - niby nic nie było do roboty, ale coś się znalazło. Wstałam rano, nawet poszłam pobiegać intrwałowo, co jest wielkim sukcesem, bo nigdy tego nie robiłam. Co prawda myślałam, że wypluję płuca pod koniec, ale kto by się tam przejmował *wink wink*. Potem przyszłam do domu i zrobiłam sesję yogi. W domu były świeże kwiaty - lilie i róże. Tak cudownie pachniały, że siedziałam tak z 20 minut i je wąchałam. Tak sobie pomyślałam, jak cudownie by było tak pachnieć - lilią i różami. <3

Niedługo potem zadzownił do mnie psycholog u którego zostawiłam wiadomość (wszystkie linie były zajęte). Zaczęłam jej opowiadać o tym co się stało tydzień wcześniej. Skończyłam opowiadać i powiedziała mi, żebym przestała twierdzić, że głupotą jest że boję się wejść do pokoju PP po całym wydarzeniu. Powiedziała, że na prawdę przeżyłam traumę i żebym w żadnym wypadku nie próbowała tego umniejszać. Powiedziała, że jest ze mnie dumna, że nie bałam się zadzwonić po pomoc i tyle już sama przepracowałam. Wiem, jest psychologiem ale to nadal było miłe co powiedziała. Podziękowałam jej że jest w pracy i że rozmawia ze mną i że na prawdę doceniam jej pracę. Podziękowała, powiedziała, że nikt jeszcze nigdy tego nie powiedział. Z Jej pomocą, udało mi się wejść do pokoju PP. Zapytała jak się czuję, powiedziałam że dziwnie. No i niedługo potem zakończyłyśmy rozmowę.

Poszłam do pokoju PP, wzięłam papier i długopis. Rozryczałam się. Wszystko zaczęło ze mnie wylatywać, wszystkie emocje. Napisałam list, jak się czuję z całą sytuacją do PP. Poprosiłam Anioły i wszystkie istoty światła teraz i na zawsze, które chcą pomóc, żeby pozbyli się tej negatywnej energii z pokoju. Żeby ją zamienili w światło i rozdali wszystkim którzy go potrzebują. I żeby cały pokój wypełnili światłem, radością i miłością (tak, wiem. Żygać się chce). Od razu energia w pokoju się zmieniła - tak jakby burza się skończyła 5 minut temu i zrobiło się cicho i błogo i spokojnie. Czułam silną potrzebę podejść do łóżka, gdzie stałam kiedy odeszła PP.

Zaczęłam płakać znowu. Zaczęła ze mnie znowu wychodzić ta stara energia. Wiecie jak czasami siedzicie, zaczynacie sobie wyobrażać coś i mimo że nie macie to fizycznie przed swoimi oczami, to i tak to "widzicie"? Dokładnie tak "widziałam" PP. "Stała" przy oknie i w myślach "słyszałam" co do mnie mówi. Te myśli były tak głośne, że musiałam je mówić na głos! Dosłownie czułam się jakby cała jej energia, przechodziła przezemnie i ja mówiła za nią. Moja świadomość "cofnęła się" do tyłu głowy słuchając co wychodziło z moich ust, a za kierownicą stanęła jej energia i wiadomość którą chciała mi przekazać.

Prosiła, żebym przestała się obwiniać i kilkakronie błagała żebym przestała płakać. "Powiedziała", że teraz jest jej dobrze, że wreszcie nie czuje bólu i nie jest zmęczona. Dziękuje mi za cały nasz spędzony czas, że byłam jej przyjaciółką i wreszcie odżyła kiedy zaczęłam pracować w ich domu. Ogółem nie czułam strachu. "Zobaczyłam" jak podchodzi do mnie, dotyka ręką swojego serca i dotyka moje serce, a potem opiera czoło o moje czoło. Powiedziała mi, że opiekuje się Bunią i Bunia pomaga jej się przyzwyczaić do nowego otoczenia i wtedy oczami wyobraźni "zobaczyłam" Bunię! Bunia stała na jej łóżku, merdała ogonkiem i się wreszcie cieszyła, że może ze mną porozmawiać. Łzy leciały mi z oczu jak wodospad i kiedy próbowałam coś jej powiedzieć, to dziwnie było używać własnej świadomości, żeby wyprodukować jakieś słowa. Potrzebowałam dużo wewnętrznej siły, żeby "przepchnąć" ją ze sterów i wyrzucić z siebie jakieś słowa. Ale Bunia zawsze wracała i słowa same ze mnie same wylatywały. Mniejsza o to co mówiła, ale w wielkim skrócie powiedziała, że jeśli zawsze będę podążać za sercem, za prawdziwą miłością to będę miała szczęśliwe życie i mało zmartwień. Kiedy wiadomość się skończyła, zaczęłam głośno oddychać - to nie było zależne ode mnie! Po prostu na maksa oddychałam - wdech i wydech przez jakieś 10 sekund i wtedy obie odeszły.

Piszę o tym, bo wydaje mi się, że im więcej osób opowiada o takich sprawach i się z nimi oswaja, tym więcej osób zacznie opowiadać o własnych doświadczeniach. Ja sama nie wiem co się wydarzyło. Podejrzewam, ale tylko dlatego, że mi się to przytrafiło to nie oznacza że wiem co się dokładnie stało. Oczywiście do niczego nie zmuszam, jedynie opisuję własne doświadczenie.

W pracy cały dzień piłam smoothie. I nie żałuję, po tym całym wydarzeniu byłam taka zmordowana i cukier mi spadł, że musiałam wypić 2 litry smoothie na raz! Wzięłam się za prasowanie, niedługo potem przyszła koleżanka, a ja do domu. Jeszcze po drodze zahaczyłam o białą klacz - Angel i jej opowiadałam, że już uzbierałam połowę pieniędzy itp. Zawsze mi serce łamie jak próbuje za mną iść, wyrywa się z łańcucha.

Przyjechałam do domu i moja głowa znowu była pusta - tak jak Wam kiedyś opowiadałam. Po prostu czułam się tak, jakbym była w niekończącym się stanie medytacji. Przyjechałam do domu, wzięłam Karolka i zabrałam do rodziców, żeby miał trochę rozrywki. Karolek był bardzo grzeczny! Siedział na sofie grzecznie koło mamy i razem oglądali telewizję. Z mamą mamy plany gdzieś pojechać w naszą rocznicę, bo w sierpniu minie 10 lat jak mieszkamy w Anglii.

Na dzisiaj to tyle. Cały dzień jestem zmęczona, ale to normalne. Anthony William powiedział, że kiedy oczyszczamy wątrobę i siebie ze złogów, wirusów, itp i to jest normalne. Zmykam i Kocham. <3

09.04.2018 _ poniedziałek
 

 
Większość ludzi myśli o sukcesie stereotypowo - ktoś ciężko pracuje, a potem pojawia się sukces. Prawda jest jednak taka, że sukces to wielka i długa droga porażek i wygranych. Codziennej "walki" z samą sobą i myślami. Tak, można siebie kochać całym sercem ale człowiek przechodzi przez dzień, a dzień to nie tylko jedna sytaucja i jeden rodzaj emocji. Jedna sytaucja (mimo, że to tak na prawdę błahe) potrafi spierdolić Ci cały dzień. I dzisiejszy wpis właśnie dokładnie o długiej drodze do sukcesu...

Wczoraj wstałam rano w pracy i musiałam spotkać się z PP w szpitalu, bo miał badanie oczu. Nie miałam okazji zrobić smoothie poprzedniego dnia, więc rano pojechałam do sklepu po dwa smoothie na drogę i do szpitala (brawo ja!). Smoothie trzymało mnie przy życiu (i nerwach xD). Potem jeszcze musiałam z PP stać na przystanku ponad godzinę bo bus nie przyjechał. W domu zjadłam ziemniaki a potem zrobiłam się śpiąca i poszłam do łóżka. Po jakimś czasie stwierdziłam, że jeśli odeśpię zmęczenie to potem nie będę mogła spać w nocy. Wstałam i zabrałam się za ogarnianie domu. Najtrudniej jednak było pod wieczór... Niby nie byłam głodna, ale nie czułam się jakoś wspaniale. Wtedy D zdecydował, że zrobi sobie wegańskie burgery i to jeszcze te, do których mam słabość. Zapach dosłownie mną trzepał, uderzał w każdy zakątek moich zachcianek. Ale stwierdziłam, że nie warto... Sama byłam zaskoczona! Zrobiłam sobie kolejne smoothie!!! I mimo, że czułam się pusto bo nie nagrodziłam zachcianki, to kiedy cukier z owoców wreszcie pomógł mózgowi odzyskać siły, czułam się o wiele lepiej. Wreszcie zaczęłam zrzucać kajdanki uzależnienia od niezdrowego żarcia. Nawet więcej niż to! Kolejny dzień nie chciało mi się robić treningu, ale zrobiłam!!! Więc praktycznie cały dzień jechałam na smoothie i do tego zrobiłam trening, którego nie chciałam! No lepiej się nie da!

A dzisiaj... Obudziłam się o 6 rano (albo 5 czasu zimowego). To jest mój problem obecnie - nie potrafię się przestawić. Ale mniejsza o to. Zeszłam na dół, sok z cytryny, koty, trening, sok z pomarańczy i wzięłam się za gotowanie i sprzątanie. W domu smoothie, potem nawet ziemniaki z brokułami i sosem. Wszystko szło dobrze, nawet bardzo dobrze... Słuchałam Bob Sinclair - Love Generation i byłam taka wesoła, że wzięłam serce Buni, zaczęłam tańczyć a łzy same leciały mi ze szczęścia. Dawno się tak nie czułam. Jeszcze przed wyjściem zrobiłam smoothie.

Całe szczęście, że nie musiałam być w pracy o czasie o którym normalnie zaczynam, bo ciężko bym to przeżyła. W sumie nawet w domu miałam problem, bo o 17.55 odeszła PP w zeszłym tygodniu tego samego dnia. Spojrzałam się na zegarek i znowu przeżywałam jej odejście. Przyjechałam do pracy i było mi pusto. Rozpakowałam się i czułam w sobie pustkę. Chcąc, nie chcąc patrzyłam się po kątach i myślałam co się działo poprzedniego tygodnia. Chcąc uciec od uczuć, po prostu pojechałam do sklepu i kupiłam sobie wegański fast food (burger + kiełbaski).

Czy czuje się zawiedziona? Może trochę, bo stereotypowo liczę na sukces za sukcesem. Wiem, jednak że muszę być easy on myself, zwłaszcza przez co ostatnio przeszłam... Mała potyczka, pozbieram się szybko. O ile regularnie będę robiła treningi, to wybory odżywiania zawsze będą łatwiejsze. Jeśli zaprzestanę treningów, to stracę całą motywację i znowu będę odżywiała się byle czym. Teraz już nie ma odwrotu. Codziennie ćwiczę i CHCĘ codziennie ćwiczyć. Nie dlatego, że siebie nienawidzę, tylko dlatego że jestem już zmęczona widokiem ciała które już nie reprezentuje tego jak się czuję. Zaczęłam siebie kochać i pora, żeby moje ciało również to odzwierciedlało!

Tymaczem idę robić ostatni trening przed spaniem, jestem w pracy i zasypiam w fotelu. Jutro przeczytam Wasze wpisy. <3
 

 
Hey Kochane. Notka pisana z telefonu bo w pracy, więc odczucia w czytaniu mogą być trochę inne niż zwykle. Także uprzedzam <3

Chciałabym się Wam pochwalić. I nie robię tego dla ego, tylko po prostu jestem naprawdę z siebie zadowolona.

Wreszcie zaczęłam siebie kochać i swoje ciało. Ćwiczę codziennie, nieważne co czy jaka intensywność ale ćwiczę. I mimo, że mi się nie chce czasami, odkładam do najpóźniej jak się da, to i tak biorę się za ćwiczenia i po prostu ćwiczę trzy razy dziennie. Najważniejsze, że buduję rutynę. I to nie dlatego, że siebie nienawidzę (tak jak by to było kiedyś). Teraz to robię, żeby pomóc organizmowi, żeby cały czas podtrzymywać ogień, żeby dotlenić komórki. Bo moje ciało kocha mnie, a ja kocham je jeszcze bardziej <3

Od samego początku gazety dla dziewczyn w młodym wieku mówią że "masz się starać tak i tak żeby przykuć jego uwagę" instalując w nas niepewność, że same, dokładnie jakie jesteśmy nie wystarczymy dla drugiej osoby. Rzucane w nas są kremy odmładzające, nowe kosmetyki bo przecież kobieta musi być perfekcyjna i nietykalna całe życie. A gdyby zamiast tego w gazetach pisali jak zacząć siebie kochać? Jak akceptować samą siebie? No ale przecież kto by wtedy chciał kremy i makijaż?

Nie poznaję siebie, naprawdę... We wtorek pojechałam po banany mimo że mi się tak strasznie nie chciało. Do tego padało co godzinę i ciężko było wyczuć kiedy będę miała wolne okno żeby jechać bez zmoknięcia. Ale wiedziałam, że muszę. Że przez brak bananów zawaliłabym odżywianie a przecież tak ciężko pracuje nad budowaniem rutyny z ćwiczeniami... No i pojechałam <3

Dzisiaj tak samo. Na miasto trzeba było jechać po baterie do wagi, o solarium zahaczyć i zakupy w Aldim bo Karolek bez jedzenia no i lodówka pusta. No i pojechałam!

Jestem z siebie taka dumna, że wreszcie jestem aktywna cały dzień i przestałam się lenić. Co prawda ściemniać nie będę - jest mi ciężko. Wolę siedzieć w domu i grzać kanapę, w domu czuje się bezpiecznie i fajnie byłoby siedzieć w domu i żeby wszystko było przywożone do domu (zakupy, itp) ale prawda jest taka, że szybciej załatwie takie sprawy sama, oszczędzę kasę na dostawie no i przy okazji rowerem pojeżdżę.

Doszło do tego, że nawet dzisiaj w pracy ćwiczyłam! No na prawdę nie mogę wyjść z podziwu, że tak dobrze mi idzie. I nie, nie powiem co robię i jak robię. Najważniejsze że robię! A dzieląc się z Wami, że nie siedzę bezczynnie na dupie dodaje mi to motywacji.

Tyle na dzisiaj Kochane. Spadam spać, bo rano dalej w pracy. Trzymajcie się i pamiętajcie że kochanie samej siebie to nic złego. <3

05.04.2018 _ czwartek
  • awatar glowin': brawa dla Ciebie! z doświadczenia wiem jakie ciężkie jest zmobilizowanie się do takich nawet głupich rzeczy typu wyjście do sklepu jak człowiek siądzie już po pracy, zmęczony na kanapie. niby takie nic, ale takie małe rzeczy dają kopa do działania i są bardzo motywujące! samej mi tego teraz brakuje, także możesz i za mnie trzymać kciuki, żebym przestała się lenić a zaczęła działać
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Zaczęłam dzisiaj rano tracić motywację do ćwiczeń - "Wiem, że powinnam ćwiczyć, ale nie mam chęci". Zrozumiałam, że to przez to, że zostawiam je za późno do zrobienia. Dzisiaj pierwszy wykonałam zaraz po nakarmieniu kotów i od razu poczułam się lepiej. Po prostu trzeba zacząć robić je wcześniej, a nawyk przyjdzie sam. Poza tym muszę sobie dać czas. Wiem, że tłuszcz mi zejdzie z ciała, po prostu muszę dać sobie czas. Najważniejsze, że zaczęłam ćwiczyć i nie przestaję mimo braku chęci <3

Do tego chciałabym się Wam pochwalić czymś szczególnym. Przy mojej wadze - załóżmy zaokrąglone 80kg przy 160cm - miałam spoczynkowy puls 75. Teraz spadł mi do 62 w czasie spoczynku, mimo że nie robię żadnych wysiłkowych ćwiczeń. To na prawdę wielki sukces dla mnie.

U mnie w sumie nic specjalnego do napisania (haha, zawsze tak mówię, a potem się okazuje, że wpis ma więcej jak 1000 znaków xD).

Zabookowałam wreszcie bilety na pociąg nad morze do Cleethorpes na 7 maja. Stacja kolejowa zatrzymuje się jakieś 20 metrów od plaży więc nie trzeba już nigdzie dojeżdżać. W sam raz dla mnie i dla Karolka. Teraz jeszcze tam jest wegańska kanjpa przy morzu, więc to dla nas raj wyjechać tak na jeden dzień.

Dostałam dzisiaj wogóle list od menadżera mojej menadżerki (czyli technicznie szefa). Podziękował mi za całą sytuację jaka miała miejsce w zeszłą sobotę. To na prawdę było miłe. Od razu zadzwoniłam z powrotem z podziękowaniem i za to jak wszyscy dla mnie byli mili. Na prawdę nie czuję się jakbym została z tym sama. I znowu... Nie próbuję na siebie zwrócić uwagi, po prostu opisuję sytuację.

Może jeśli w tym roku wypali mi wyjazd do Polski (Warszawa, Air Show, ślub, rodzina, itp.) to może co roku będę przylatywać na dwa tygodnie, czy coś. Jeszcze się zobaczy. Martwię się tylko, że Pandzia w ostatniej chwili się wypisze ze względu na Jej stan zdrowia, a Warszawę zwiedzać samej to jakoś już tak smutno (zwłaszcza po naszych ostatnich akcjach).

Dzisiaj jednak było krótko. Kocham <3

04.04.2018 _ środa
  • awatar szachimatONA: Obraz w tym przypadku mówi więcej niż tysiąc słów ! Piękny ! Aż sobie skopiowałam :D Zazdroszczę Ci życia za granicą :) Ja się boję z dzieckiem wyjechać :(
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Wczorajszy post pisałam ponad 3 godziny z przerwami. Ciężko było do tego wracać. Dzisiaj jednak obudziłam się i czułam się jakby wszystko minęło. Rozpuściło się. Pamiętam jak Tracey mi mówiła, że po śmierci ciała, dusze potrzebują ok trzech dni żeby przyzwyczaić się do sytuacji. Obudziłam się i czułam tak jak to było poprzednio z Bunią kiedy odeszła. Miałam wrażenie, że rozmawiałam z PP kiedy spałam. Że ją przytuliłam i wszystko sobie wytłumaczyłyśmy.

Po przebudzeniu, wzięłam telefon i zaczęłam czytać internety. Znalazłam nowy link, który napisał Cobra https://tinyurl.com/y9hzg9hd (wtajemniczeni będą wiedzieć o co chodzi). Pisał o tym, że mimo że rodzimy się w ludzkich rodzinach to mamy też duchowe rodziny, np krewną duszę możesz mieć po drugiej stronie półkuli. Łatwo można poznać je po tym, że bardzo łatwo się Wam rozmawia, praktycznie od razu znajdujecie wspólny język i macie wrażenie, że znacie się od zawsze.

Po przeczytaniu tego wpisu uświadomiłam sobie, że dlatego właśnie tak bardzo przeżyłam odejście PP. Po prostu byłyśmy z tej samej soul family. Po całym zdarzeniu miałam pewien wewnętrzny konflikt, bo przecież PP nie była w żaden sposób moją fizyczną rodziną. Tak na prawdę, stawiając sprawę bardzo oschle to byłam jedynie personelem i z profesjonalnego punktu widzenia, nie powinnam nawet płakać. Dlatego tak było mi ciężko przez te 2 dni się z tym pogodzić, bo czułam się jakbym przechodziła przez żałobę, ale teoretycznie to nie było na miejscu. Prawda jest jednak taka, że byłam bardzo zżyta z PP i będąc przy Jej śmierci mam prawo do żałoby jak każdy inny.

Koniec końców, jest mi teraz lżej. O wiele lżej, czuję jakbym na prawdę z Nią rozmawiała podczas snu ostatniej nocy i wszystko sobie wyjaśniliśmy. Cały ciężar z serca został zdjęty i teraz tylko czuję jakby mi ktoś cały czas przytulał czakrę serca do siebie.

Dziękuję Ci PP za naszą przygodę. Za to że mogłam Cię poznać, za to że się mną opiekowałaś, że zawsze mnie wysłuchałaś. Że byłaś moją przyjaciółką, chociaż była to przyjaźń nietypowa. Dziękuję za nasze wycieczki spędzone razem i za Twoją wyrozumiałość kiedy byłam zmęczona. Dziękuję za nasze soboty spędzone w kawiarni z ciastkami i kawą. Dziękuję za nasze niedziele w Sheffield w COSTA. Dziękuję za Twoje chrupki i tego, że mnie tyle nauczyłaś. Dziękuję, że nie wydałaś mnie, że nie myłyśmy Twoich włosów bo miałaś już tego serdecznie dość. Dziękuję, że czasami tupnęłaś nogą, żeby mnie rozśmieszyć. Dziękuję za te miliony kaw które Ci zrobiłam. Dziękuję, że przychodziłaś do pokoju personelu, żeby spędzić ze mną trochę czasu. Kładłaś się na łóżku, a ja w pocie czoła musiałam robić papiery. Ale z Tobą w pokoju było mi lżej. Dziękuję Wszechświatowi, że mogłam Cię poznać i przez te 2 lata miałyśmy nietypową przyjaźń. I tą przyjaźń na zawsze będę pamiętać <3

03.04.2018 _ wtorek
 

 
... "Nigdy nie uda Ci się bólu stłumić. Ludzie próbują różnych i wszystkich metod, żeby go zagłuszyć, ale tracą tylko czas i energię. Nie bój czuć się bólu i co więcej, nie obwiniaj się, że jest. Ulgę poczujesz wtedy, kiedy go zaakceptujesz. Kiedy wreszcie go zaakceptujesz, w całej jego całości, takim jaki jest, ból odejdzie i zostawi miejsce na nowe doświadczenia" ...
_________

Ten wpis będzie trochę powiewał stanem depresyjnym, ale wszystko po to, żebym mogła z siebie to wszystko wyrzucić a trochę tego jest. Nic nie mogło mnie na to przygotować i to był na prawdę wielki szok. Nie robię tego, żeby zwrócić na siebie uwagę. Po prostu cała sytuacja jest dla mnie traumatyczna i jakoś muszę to wyrzucić. Jeśli jesteście wrażliwymi typami, albo macie dzisiaj bardzo dobry humor, to szczerze odradzam czytania tego wpisu dla Waszego własnego dobra. Dla odważnych, powiem tylko tyle, że czytacie na własną odpowiedzialność i trochę tego będzie.

Dzień jak codzień - z resztą to się stało tego samego dnia, którego był poprzedni wpis. Pojechałam do rodziców na obiad przez pracą, D się nie wyrobił no i był zmęczony. Pojechałam do rodziców na godzinkę, zjadłam zupę (tak jak mówiłam, była za tłusta od mleka kokosowego). Rodzice nawet zdążyli się pokłócić, ale i tak miałam ubaw. Pożegnałam się z Mamą i Tata z powrotem zawiózł mnie do domu.

W domu szybkie szykowanie do pracy, żeby się wyrobić no i przyjechałam do pracy 15.40 (po drodze jeszcze zahaczyłam o klacz o której Wam mówiłam). Nikogo, oprócz jednej podopiecznej [PP] nie miało być w domu, bo reszta pojechała do rodziców na weekend, więc chciałam ją wziąć na ciasto i kawę tak jak zawsze w soboty. W niedzielę chciałam ją zabrać do Sheffield do Costy. Miałam dla nas na prawdę wielkie plany. Ostatni raz w pracy byłam we wtorek.

Weszłam do domu, przywitała mnie koleżanka którą miałam zmieniać, ale nic mnie nie przygotowało na to co zobaczyłam. PP wyglądała dosłownie jak zombie i wcale nie wyolbrzymiam. Nie dość, że zawsze była chuda to teraz wyglądała jak szkielet - chude uda, ramiona a na palcach prawie mięśni nie miała. Obramówkę oczu miała siną, czarną. Podobno od środy przestała jeść i cały czas wracała do łóżka, żeby spać. W 2004 stwierdzono u niej stwardnienie guzowate. Jej brzuch wyglądał jakby była w ciąży, ale tak na prawdę miała guza tej wielkości. Tego dnia, brzuch był dwa razy większy. Nigdy nie pozwalała lekarzowi do siebie podchodzić, więc nie mogliśmy jej nigdzie zabierać do szpitala, bo krzyczała i uciekała na drugi koniec gabinetu. Warto też wspomnieć, że rozumiała wszystko, ale nie mogła mówić. Jedynie pokazała ręką, że chce albo odrzucała, że nie chce.

Koleżanka, pojechała do domu. Na odchodnego jeszcze zażartowałam, że mam nadzieję, że nie będę musiała do szpitala jechać w nocy (chodziło o sytuację ze Stycznia z innym PP). Zostałam sama z PP (bo to sobota i nie potrzeba więcej personelu) i włączyłam nam Shrek'a 4 w TV. Akurat skończył się o 16.20 i PP poszła na górę. Stwierdziłam, że jest w takim stanie, że nie zostanę na dole więc wyłączyłam wszystko na dole i poszłam na górę.

PP leżała na swoim łóżku, głowę miała przykrytą poduszkami więc stwierdziłam, że ma migrenę jak zwykle. Zasłoniłam zasłony i poszłam do pokoju personelu i nasłuchiwałam jej oddechu. Brzmiał trochę jak astmatyk, który próbuje zaczerpnąć powietrza i potem się uspakajało. Zeszłam na dół, żeby zrobić Jej soku, wróciłam i dałam do picia. Wzięła łyka i oddała kubek. Beknęła jakby miała bąbelki. Cały czas chciała leżeć, a kiedy nie mogła, szybko siadała na łóżku. Wszyscy myśleliśmy, że się wyliże. Zawsze się wylizywała, ze wszystkiego. W środę podobno lekarz został poinformowany i powiedział, że też jej przejdzie. Najwidoczniej ma jakiegoś wirusa...

Tak więc siedziałam w pokoju dla personelu, słuchając jej oddychania. Nie chciałam nad nią wisieć, bo i tak miała głowę przykrytą poduszkami. Z każdym najmniejszym dźwiękiem leciałam do jej pokoju (w międzyczasie zadzwoniłam do Jej rodziców, mówiąc że jeśli chcą mogą przyjechać i ją odwiedzić). W końcu zrobiło się nagle bardzo cicho, adrenalina skoczyła mi na maksa i PP odeszła... Oszczędzę Wam opisu całej sytuacji, ale był to na prawdę nieprzyjemny/trumatyczny widok. Poza tym z szacunku dla Jej rodziny. Próbowałam Nią potrząsać, ale nic nie dało. Byłam w wielkim szoku, od razu zadzowniłam po karetkę. Nie mogłam z siebie wyrzucić słowa, cały czas mówiłam Yyyy yyy y... W końcu mnie połączyli z karetkami.

Od razu zaczęłam mówić, że pacjent nieprzytomny, nieoddycha, straciła płyny, itd. Dyspozytorka chciała, żebym wzięła się za pierwszą pomoc, ale ona leżała na łóżku. Powiedziała, żebym ją zdjęła ale nie miałam jak. Płakałam, zaczęłam krzyczeć, że dlaczego PP mi to robi, przecież tak ją lubiłam. Dyspozytorka powiedziała, żebym pociągnęła ją za kostki wzdłuż łóżka, żeby kolana zwisały z łóżka. Próbowałam, ale za każdym razem łóżko jechało razem z nią (to nie było szpitalne bo to normalne mieszkanie, tylko normalne). W końcu udało mi się. Kolana bezwładnie zwisały z łóżka i kazała mi delikatnie ściągnąć resztę PP. Starałam się najdelikatniej jak mogłam, ale grawitacja zrobiła swoje i ciało bezwładnie upadło na ziemię z wysokiego łóżka. Zaczęłam jeszcze bardziej ryczeć z szoku, ale byłam szkolona na pierwszą pomoc więc od razu zaczęłam masaż serca. Na głos liczyłam każdy masaż serca. Za jakieś 2 minuty słyszałam, że ktoś puka do drzwi, odeszłam od PP i zaczęłam krzyczeć, że na górze. Rozłączyłam się z dyspozytorką i pogotowie przejęło całą akcję. W pewnym momencie było jak 8 ludzi w jej małym pokoju. Zadzwoniłam do rodziców PP, żeby im powiedzieć, ale sama nie mogłam wydać przez płacz. Nie będę się wdawała w szegóły, ale PP odeszła...

Kiedy ratownicy mi to powiedzieli, po prostu się rozryczałam. Wszyscy się na mnie patrzyli bo wiedzieli, że jestem tylko personelem. Przez łzy powiedziałam żeby się mną nie przejmowali i nie chcę im przeszkadzać w pracy. Poszłam do pokoju personelu i po prostu płakałam. Nie mogłam przestać. W końcu stwierdziłam, że muszę być gotowa kiedy przyjadą rodzice PP. Wstałam i ratowniczka mi powiedziała, żebym poszła na dół i napiła się czegoś gorącego. Wiem, że chciała żebym im nie przeszkadzała i żebym poczuła się lepiej, bo cały czas się pytałam czy w czymś im nie pomóc. Zeszłam na dół, razem ze wszystkimi telefonami (menadżerka już była poinformowana). Myłam ręce przy zlewie chyba dobre 2 minuty. Potrzbowałam ten "brud" z siebie zmyć.

Wszyscy sanitariusze już prawie poszli, został jeden, żeby spisać protokół. Usiedliśmy w kuchni na dole. Zostałam tylko ja i on i zaczął zadawać mi pytania odnośnie tego co się stało. Powiedział, żebym się nie przejmowała i broń boże nie winiła za sytuację. Powiedział, że najprawdopodoniej odeszła w momencie o którym Wam nie chciałam pisać. Nawet gdybym zadzwoniła 5 minut wcześniej, to by nic nie zmieniło. Zaparzyłam mu kawy, w międzyczasie przyjechała rodzina PP. Mama PP przytuliła mnie z całej siły i obie płakałyśmy. Wiedziała, jak bardzo byłam z nią zżyta. Rodzina usiadła i ratownik zaczął opowiadać całą sytuację. Widział w jakim byłam stanie i powiedział rodzinie, że robiłam co się dało próbując mnie podnieść na duchu. Mama PP powiedziała, że to zabrzmi źle ale cieszy się, że to ja byłam przy PP - obie wiedziałyśmy co ma na myśli. Złapałam ją za rękę, przystawiłam do swojego czoła i zaczęłam płakać i przepraszać. Ratownik od razu powiedział, żebym się nie obarczała winą i że to nie moja wina i widział jak bardzo byłam zżyta z PP.

W międzyczasie zadzwonił do mnie menadżer który zajmuje się innymi domami opieki i pytał jak się czuję. Podziękowałam mu za troskę, rozpłakałam się na chwilę i przeprosiłam, ale chciałam wracać do całej sytuacji. Wróciłam, niedługo potem przyjechał policjant. Jeszcze potem przyjechała moja menadżerka - to był na prawdę dobry moment, bo już sama nie wiedziałam co mam robić. Pokój PP był cały brudny, nadal tam leżała, policja chciała odemnie dokumentów które niestety były w biurze (a była sobota) a tylko ja byłam na zmianie. Menadżerka przyszła i pomogła mi się ze wszystkim uporać. Policjant odradził rodzinie zobaczenia ciała, ja musiałam je zidentyfikować i znowu płacz. Rodzina poszła do domu. Dałam swoje zeznanie policjantowi i koło 21 specjalna karetka przyjechała po ciało. Dwaj mężczyźni byli ubrani w garnitury - na prawdę robiło wrażenie, dawało dużo szacunku.

Policjant się z nami pożegnał i kazał mi ze wszystkimi z kim mogę rozmawiać na ten temat, żeby nie trzymać tego w sobie bo zwarjuję. Policjant poszedł, a menadżerka kazała mi się zbierać i wracać do domu mojego. Powiedziałam, że wykluczone, że ona nie zostanie z tym sama. Ja jedynie potrzebowałam prysznica, żeby z siebie zmyć ten smród i oczyścić energetycznie. Umyłam całą siebie, włosy. Prawie cały żel zużyłam byleby tylko nie czuć tego. W końcu wyszłam, wysmarowałam się i założyłam ubrania które nosiłam pod spodem (tego dnia - dzięki bogu - ubrana byłam na cebulę, kilka warstw). Menadżerka poprosiła o gorącą wodę, żeby wymyć podłogę w pokoju PP. Udało nam się, dom był wymyty. Znalazłam jeszcze album PP, przeglądała zdjęcia z naszych wycieczek. Koło 23 pojechałam do domu rowerem, na szczęście wiatr pchał mnie do przodu. Po drodze rozmawiałam z moją Mamą przez telefon.

Weszłam do domu i D mnie przytulił. Chwilę pogadaliśmy, ale nie byłam zmęczona. W pracy zanim jeszcze działa się cała sytuacja, wypiłam dwa litry smoothie. Nawet nie chce myśleć w jakim bym była stanie, gdybym nie miała ze sobą smoothie (cukier z owoców, broni nasz układ nerowowy przez adrenaliną i jednocześnie chroni nas przed zespołem stresu pourazowego). Dodatkowo z początkiem tygodnia zaczęłam ćwiczyć. To stereotypowe co teraz powiem, ale fakt że zaczęłam ćwiczyć też dużo pomógł, bo byłam ciut pewniejsza siebie niż gdybym była bez ćwiczeń.

W domu po prostu siedziałam. Wszyscy z personelu, którzy pracują ze mną w tym domu do mnie dzwonili i wysyłali wiadomości jak się czuję, itd. Menadżerka jeszcze się ze mną kontaktowała. Miałam ćwiczyć tego wieczora, żeby ztłamścić ból, żeby po prostu się wyżyć, ale padłam. Zdjęłam z siebie wszystkie ubrania, łącznie z butami i zostawiłam przed pralką. Nie chciałam ich nawet dotykać. Poszłam spać.

Następnego poranka (niedziela), automatycznie przyzwyczajona już obudziłam się koło 5 nad ranem i mimo że byłam wyspana, wolałam dalej spać. Nie chciałam o tym myśleć. Pierwsze co mi przyszło na myśl, to po prostu widok PP kiedy umierała. Obudziłam się o 7.20 i już nie mogłam się zmusić do dłuższego spania. Wstałam i zeszłam na dół. Sok z pomarańczy z miodem, a potem dokańczałam zupę z kapusty którą ugotowałam dzień wcześniej. Zaczęłam płakać. Wzięłam serduszko Buni i przytuliłam mocno do siebie.

Oglądałam TV, żeby o tym nie myśleć, ale było na prawdę ciężko. Każdy moment który był wolny, cały czas mi to leciało przed oczami, cała ta sytuacja. Kiedy zapomniałam na chwilę o sprawie, nadal czułam się nieswojo i zastanawiałam się czemu tak się czuję i cała sytuacja znowu wracała. Nie dało się od tego odejść, wszystko w głowie mi buzowało całą sytuacją więc chciałam poćwiczyć, żeby to wyrzucić, żeby się wyżyć, żeby przestało boleć. Bardzo byłam zżyta z PP - traktowałam ją jak przyjaciółkę.

Poszłam poćwiczyć na dole i Karolek różnież był w moim pokoju. I nagle do głowy "przyszedł" mi ten tekst z samego początku wpisu. Kiedy to do mnie doszło, coś w mnie pękło i zrobiło mi się lżej. Coś po prostu we mnie puściło. To nie był jeszcze koniec tych uczuć, ale coś we mnie puściło. Dokończyłam ćwiczenia i poszłam na górę do łóżka. Byłam śpiąca. Zamknęłam oczy i wszystko znowu zaczęło do mnie wracać i mimowolnie zaczęłam obwiniać się całą sytuacją. D przyszedł do pokoju i zaczął się o mnie martwić. Nie mógł zrozumieć dlaczego tak bardzo przejęłam się całą sytuacją. Powiedziałam, że PP była dla mnie jak przyjaciółka i też zawsze się mną opiekowała i czuję się wszystkiemu winna. W końcu D się postawił i jak to facet potrafi, na zimno postawił mi sytuację i znowu zaczęło mnie puszczać i się rozryczałam. Uspokoiłam się, D poszedł do siebie a ja zasnęłam w łóżku.

Obudziłam się kilka godzin później. Zaraz przed przebudzeniem miałam sen z PP. Siedziała na fotelu i sytuacja wyglądała tak jakby nadal żyła ale było już po wszystkim. Zapytałam się jej dlaczego mi to zrobiła, a PP złapała mnie za rękę i tak samo jak sny z Bunią, spojrzała mi głęboko w oczy. Wybaczyła mi i "powiedziała", że teraz jest jej lepiej. Ten sen bardzo mi pomógł, ale nadal w każdą wolną chwilę do głowy wchodziła mi cała sytuacja. Niedługo potem zadzwoniła do mnie koleżanka z pracy - ta z którą się kiedyś pokłóciłam. Dzwoniła z zastrzeżonego - normalnie nie odbieram takich numerów, ale myślałam że to policja. Gadaliśmy prawie godzinę. Nie było mi lepiej, ale cieszyłam się ze snu. Zrobiłam sobie herbaty owocowej - w sumie to nawet kilka. Przed 23 stwierdziłam, że jednak zrobię dzisiaj ten treninig. Wybrałam jogę i boy, oh boy, czułam się jak zupełnie inna osoba po skończeniu. Na prawdę zrobiło wielką różnicę.

D też był padnięty, więc położył się spać o 23. Poszłam na górę i przed snem jeszcze rozmawialiśmy. Dopasowaliśmy się tak ciałami, że byliśmy wplątani jaki puzle, ale było wygodnie. Bardzo potrzebowałam się do kogoś przytulić, poczuć drugą osobę, żywą... Przed snem poprosiłam wszystkie istoty światła teraz i na zawsze, które chcą pomóc, żeby usunęli wszystkie wspomnienia związane z sytuacją. Żeby zamienili je w światło i wysłali to światło komu tylko potrzebne, a w miejsce w moich wspomnień wypełnili światłem i ciepłem. Zasnęłam.

Nie pamiętam za bardzo snów, wiem że śnił mi się blondyn z niebieskimi oczami ale nie pamiętam w jakim konkekście no i Karolek mi się śnił, czyli o coś prosił, ale też nie pamiętam dobrze. Obudziłam się o 7.50 ale byłam bardzo zmęczona bo od kilku dni się nie uziemiałam matą. Hormony wzięły górę i z D mieliśmy przyjemny poranek. Oboje wstaliśmy. Kiedy D poszedł do toalety krzyknęłam z sypialni, żeby wrzucił moje ubrania które tam zostawiłam do pralki. Nie wiem czemu, ale miałam do nich wstręt. Nie mogłam ich dotknąć, przechodziłam od nich na kilometr. Wrzucił, ubrałam się i poszłam na dół ogarniać kuchnię. Dzisiaj było o wiele łatwiej niż wczoraj. Ciągnęła się za mną sytuacja, ale nie było mi to przypominane na każdym kroku.

Dzisiaj był dzień solarium, do tego pomarańcze mi się skończyły no i chciałam tą zupę z cebuli wreszcie ugotować. Pojechałam na miasto i ciężko było. Wspomnienia nadal wracały, ale było zdecydowanie lżej niż poprzedniego dnia. Codziennie do mnie piszą znajomi z pracy i menadżerka. Myślę, że będzie co raz łatwiej, ale drugie najgorsze przedemną...

W czwartek do pracy, ale będę ze znajomą. Znajoma zostanie ze mną do 19.30 a potem będę sama z dwójką PP. To jeszcze jakoś dam radę przeżyć. W piątek będzie dużo ludzi w pracy, więc też się czymś zajmę. Najgorzej będzie w weekend, kiedy będę tylko ja i jeden PP. Będzie siedział w swoim pokoju, w domu cisza i tylko ja i on. Całe szczęście, menadżerka dała mi numer do psychologa który jest czynny 24/7, więc chyba zadzwonię, albo tutaj będę pisała. Jeszcze nie wiem, ale wiem że będzie mi ciężko. W ogóle to możecie się spodziewać okresu, kiedy będę się odnosiła do całej sytuacji tutaj. Nie dlatego, że próbuję zwrócić na siebie uwagę czy narzekać - po prostu, muszę to z siebie wyrzucić.

Teraz jak myślę o tym śnie z białą klaczą o której Wam mówiłam poprzednio to się zastanawiam, czy to przypadkiem nie chodziło o PP. I do tego jeszcze pamiętam jak Tracey się pytałam czy moi krewni po drugiej stronie mają dla mnie jakieś wiadomości, ale moi guardians im nie pozwalali mi powiedzieć, ale czułam że coś jest na rzeczy. Do tego PP odeszła o 17.55 (angielski czas -> 5.55pm). Powtarzjące się 5. Chyba tak musiało być i padło akurat na mnie...

02.04.2018 _ poniedziałek
  • awatar hononey: @szachimatONA: Mam "twardy" żołądek. Jest mi już o wiele lepiej, lżej. Ja zawsze przeżywam stratę zwierzaków i nie ma w tym nic głupiego. To członkowie rodziny - ja np. siedziałam z młodymi kurami u wujka w zagrodzie na wsi. I chłop ze wsi by powiedział, że głupia ale ja zawsze kochałam zwierzęta. A tak, to ja wiem i wierzę w reikarnację. Po prostu te pierwsze dni szoku były dla mnie bardzo ciężkie.
  • awatar szachimatONA: Wow aż się spociłam jak to czytałam. Nigdy jeszcze nie przeżyłam takiego traumatycznego przeżycia. Podziwiam Cię za siłę. Ja pewnie zwymiotowałabym, i zemdlała i dostała zawału serca na miejscu :( Wiem że to głupio zabrzmi jak byłam dzieckiem bardzo przeżywałam stratę zwierzaków babcia mi wtedy mówiła że nie wolno płakać po czyimś odejściu bo ta osoba nosi dzbanek z naszymi łzami i jest jej ciężko :) W niektórych kulturach też nakazuje się cieszyć w tym dniu. Po za tym w innych kulturach mówi się że "śmierć to nie koniec życia, tylko jego kolejny etap" i że tam gdzie idzie dusza jest lepiej ludzie pozbawieni są wad, chorób, otyłości, wszyscy są równi itp.
  • awatar hononey: @Nuttkaa: gdybyś przeczytała wpis, zrozumiałabyś do czego nawiązuję <3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Wpis tylko dla znajomych

Wpis tylko dla znajomych

 

 
Widzę, że ludzie nadal odwiedzają mojego bloga mimo, że rzadziej piszę. To miłe i dziękuję Wam z całego serca <3 dzisiaj dłuższy wpis, bo potrzebuję z sieie wszystko wyrzucić.

Trochę rzadziej wchodzę, bo w sumie takiego stresa mam. Stresa przed samą sobą. Niby wszystko mi się teraz układa - lepiej by być nie mogło. Wreszcie praca mi spadła i już nie muszę zapierdalać codziennie, mam więcej czasu dla siebie. Dzięki temu dom ogarnięty - ba, nawet w ogródku udało nam się odchwaścić dróżkę i wygląda teraz po ludzku można przejść bez większego problemu - tutaj macie zdjęcia, przed i po: https://tinyurl.com/yac3hevx https://tinyurl.com/y9zsuxnb https://tinyurl.com/ybjod5xf https://tinyurl.com/ya4xv7nc nawet Karolek robił mi inspekcję.

Zabrałam ostatnio Karolka na spacer do lasu. Stwierdziłam, że skoro ładna pogoda to chociaż się trochę przejdę. Nie wiem ile zrobiłam kilosów, ale przyjemnie było się tak przejść. Czułam Bunię z Dżojem obok mnie i szło się jakoś raźniej. Potem położyłam Karolka na górę plecaka i tak sobie siedział na samej górze, o: https://tinyurl.com/y7cswkjy Najbardziej mnie wkurza to, że na zdjęciach wychodzę jak pół tyłka zza krzaka, ale jak w domu zdjęcie zrobię to już nie jest tak źle [facepalm] https://tinyurl.com/y9tyq2kw https://tinyurl.com/y7guyuw3

Co do związku, D przyznał mi rację jeśli chodzi o kolegę. Powiedział, że tamten w ogóle nie ma planu na życie ani ambicji. Przychodzi do nas grać na telefonie i palić fajki. Od kiedy uszkodził sobie rękę w pracy w listopadzie (coś związanego z nerwem), ma płacone chorobowe ale pracę już prawdopodobnie stracił. Teraz jeszcze matka go wczoraj z domu wyrzuciła więc tę noc przespał u D w pokoju (chociaż uważam, że to niesprawiedliwe że go wyrzuciła, bo płaci matce za rachunki a jego bracia nieroby nie robią praktycznie nic). Ja na szczęście w pracy więc z dala od tego zgiełku. Ale nawet D się nie podoba cała ta sytuacja i cały czas tamtemu powtarza, gdzie ma iść i co ma zrobić, żeby załatwić sobie miejsce do spania, itd. Nawet przez telefon koledze powiedział, że nie ma opcji żeby został u nas. Wczoraj tylko mojemu wysłałam wiadomość, że mi nie przeszkadza, że tamten sobie u niego śpi - wiadomo, że w życiu zdarzają się cieżkie sytaucje i każdego może spotkać. Mi tylko chodzi o to, żeby tamten się ogarnął i jak najszybciej znalazł miejsce, a nie że przesiedzi u nas miesiąc bo nic innego się nie znalazło. Dostaje chorobowe, dlaczego nie mógł sobie kasy odłożyć tylko wszystko wydaje na zioło i pizze? Po prostu nie ogarniam tego człowieka. I on jeszcze chciał do mnie startować... Z czym? Bo dobrze zarabiam?

A propos związku... Możecie pomyśleć, że jestem samolubna i pieprzona egoistka, ale... jeśli mam być z Wami szczera to nie uśmiecha mi się opiekowanie niepełnosprawnym wujkiem D, kiedy jego babcia odejdzie. Wujek w ogóle nie chce iść pod opiekę obcych ludzi (czyli takich, gdzie ja pracuję mimo że miałby niebo pod nosem) i babcia D się zaprała, że wujek tam nie pójdzie. Czyli, że całe życie będzie pod opieką najbliższej rodziny. Wujek cierpi na autyzm - nic nie rozumie co się do niego mówi. Nie potrzebuje jakiejś specjalnej opieki z wyjątkiem tego że ktoś musi być w domu. I wiecie co? Nie po to staram się tak o siebie z odżywianiem, nie po to wyleczyłam się z tylu chorób, żeby marnować życie na opiece wujka D tylko dlatego, że nie zgadzają się żeby ludzie którzy się na tym znali i mają za to płacone się nim opiekowali. Dlatego jak wspomniałam, zjebie się sytuacja z D i się wyprowadzam. Do tego jeszcze D nienawidzi ludzi, po prostu się brzydzi ludźmi. Wszystkich nazywa debilami itd. I codziennie mam w koło pierdoło takie śpiewanki i mnie to powoli zaczyna wykańczać psychicznie. Od przeprowadzki z D przytyłam 15kg. Po prostu szkoda gadać...

A teraz uwaga... Obnażę się przed Wami ze wszystkich moich strachów. Nie zależy mi żeby o tym rozmawiać z kimkolwiek ale czuję z jakiegoś powodu wstyd i czuję że muszę się z tym ukrywać (chyba przez rodziców - ale o tym kiedy indziej), więc muszę o tym napisać, żeby wreszcie się przyzwyczaić do tego uczucia i OWN IT. Otóż jem dużo niezdrowego jedzenia, znowu wróciłam na śmieci. Wszystko teraz będę pisała jak mi leci z głowy więc nie wiem czy to będzie miało sens, chodzi o to żeby z siebie to wyrzucić a nie myśleć o czym się pisze.

Wiem, że tak ładnie mi szło ale mam w głowie ideał tego jak powinnam się odżywiać - wiem, że to głupie. Magazyny i inne pierdoły sprzedawane w gazetach dają nam uczucie idealizmu - tak wygląda idealny świat a jeśli nim nie podążasz to nie będziesz się tak czuła. I tak w głowie mam wielki ideał tego jak powinnam jeść. Zaburzeń odżywiania się pozbyłam (binge eating, anorexia, bulimia, itp) ale nadal zostały okruchy tego jak mam jeść. Mi by nie przeszkadzało, żeby jeść szejki i soki cały dzień - na serio nie, ale idziesz do sklepu i kurna zaczyna Tobą rzucać i nim się obejrzysz wychodzisz ze sklepu z paczką czipsów i tym podobne. Poza tym nie mogę jeść niektórych rzeczy - jak chleb czy tłuste rzeczy a jednak fajnie byłoby móc jeść rzeczy które wszyscy jedzą. Po prostu się czuję jakbym nie należała do stada, do żadnej grupy. Czuję sie po prostu taka samotna. Całe szczęście, że mam Karolka bo chyba bym bez niego zwariowała. Tak kochane, jem niezdrowe rzeczy, żeby poczuć się częścią stada (grupy, że przynależę). Wiem, że to głupie ale nie wiem jak inaczej to opisać. Na żadne dodatkowe zajęcia nie mogę się zapisać, bo praca a znając życie i tak pewnie są płatne. Do siłowni za chiny nie pójdę - juz to przerabiałam. Poza tym za dużo marnowania czasu. Wolę w domu godzinkę. Więc no ten, jestem samotna. Czuję się, jakby nikogo nie było oprócz mnie i smutek/pustkę zajadam niezdrowym jedzeniem. Czuję wstyd, że muszę to ukrywać dlatego, że jako dziecko nie mogłam jeść cukierków, czekoladek itp bo stan mojej skóry by się pogorszył. Kiedy rodzice się dowiadywali o tym, miałam na prawdę przesrane w domu i dostawałam po dupie. Nie dziwię się bo rodzice wydawali wszystkie oszczędności na leki nie znając prawdziwej przyczyny, a mnie ciągneło do wszystkiego. [właśnie się rozryczałam, czyli powoli zaczynam stare rany z siebie wyrzucać]. Teraz już rozumiem dlaczego nie mogę się zdrowo odżywiać dłużej niż kilka dni a potem znowu wracam na śmieci. Po prostu próbuję zastąpić przynależność do grupy jedzeniem. Dlatego jeżdżąc do pracy na wakacje, nigdy nie miałam problemu z jedzeniem zdrowego jedzenia - miałam znajomych i codziennie wieczorem siedzieliśmy przy herbacie i rozmawialiśmy. Mimo, że teraz z internetem jest łatwiej się porozumieć z drugą osobą, to jednak nic nie zastąpi tej obecności drugiej osoby. Dlatego tak dobrze mi się zawsze z Pandzią na naszych podróżach po Warszawie gada, bo wreszcie możemy z siebie wszystko wyrzucić. Nawet z Mamą tak nie mogę pogadać kiedy u nich jestem, zazwyczaj przyklejona do telewizora albo cała rozmowa spada na jej temat. Z Tatą może jeszcze by się dało, ale on z kolei za dużo ma drażliwych tematów i lepiej nic na ten temat nie mówić. Więc jak same widzicie, brakuje mi po prostu żywej przyjaciółki, tu na miejscu żeby kilka razy w tygodniu można było się spotkać. Czuję się sama jak palec. I wiem, napisałam już to multum razy ale tak właśnie słowa lecą mi z głowy. Nawet nie przeczytałam jeszcze tego co napisałam. Po prostu jestem samotna i chyba wreszcie na to narzekam. Zawszie siedziałam cicho - ktoś mnie nie akceptuje, to trudno. Przecież nie wszyscy muszą mnie kochać. No ale niestety teraz wychodzi na to, że samotność jednak mnie dopadła i nadal nie zależy mi na tym, żeby komuś imponować. Po prostu chcę być częścią jakiejś małej grupy - robić coś razem. Pamiętam jak z dziewczynami z dzieciństwa spotkałam się w zeszłym roku i jak przyjechałam do domu i czułam że wreszcie odżyłam. Po prostu jestem samotna...

25.03.2018 _ niedziela