• Wpisów: 313
  • Średnio co: 8 dni
  • Ostatni wpis: 6 dni temu, 14:02
  • Licznik odwiedzin: 89 586 / 2710 dni
 
hononey
 
...Z góry przepraszam jeśli wpis nie ma sensu, ale pisze przy stole na phonie i wszyscy się przekrzykują więc nawet nie słyszę własnych myśli.

Miałam dzisiaj dziwny sen (możecie przeskoczyć do następnego paragrafu jeśli Was nie obchodzi). Podróżowałam i jakimś cudem udało mi się wejść przez pomnik do podziemia. Trafiłam do dziwnego miejsca które było prowadzone przez kolesia (nazwijmy go boss) który sterował wszystkimi którzy tam przebywali. To było w podziemiach i przez podziemia przechodziły tory. Zapytałam się o pociąg żeby z tamtąd wyjechać ale powiedział, że tory tylko tędy lecą i pociąg rozpędzony już się tu nie zatrzymuje. Pociąg jeździ tylko co 4 dni. Podobno miało tam być jakiś remont i po remoncie miał się zatrzymywać. Więc praktycznie tam utknęłam, próbuje szukać wyjścia, co jakiś czas pociąg przejeżdża. Przez pomnik przeszedł również mój przyjaciel przyprowadzony tam przez psa. Ucieszyłam się że go zobaczyłam, ale zaczęło nam coś śmierdzieć. Słychać po szynach jak pociąg jechał i ludzie zaczynają kłaść się na torach wzdłuż żeby popełnić samobójstwa. Ja nowa więc nie rozumiałam o co chodzić. Ludzi nie zabiło ale nagle całe podziemie ruszyło i się okazało że to środek wielkiego pociągu. Nikt się nie skapnął więc stwierdziłam że po cichu pójdę do toalety która miała przezroczyste drzwi. Chciałam po cichu ale boss mnie zauważył i nasłał na mnie swoich gogusiów. W ostatnim momencie zamknęły się drzwi i zaczęli we mnie strzelać z broni. Pociąg już w pełnym ruchu i próbuje się przez okno wygramolić na górę pociągu. Biegnę po dachu, za mną gogusie z bossem i jakimś cudem przed nami wielkie wzniesienie. Skaczę z pociągu do przodu i wyrzuca mnie (bardziej lecę niż spadam) na to wzgórze. Okazuje się że to jakieś obwody małego miasta, dzieci skończyły szkołę, idą razem z rodzicami. Uciekam przed gogusiami, razem ze mną ludzie z pociągu i biegniemy. Niektórzy postrzeleni, przede mną boss idzie, udaje że kuleje żeby uciec i się schować. Jakimś cudem ja miałam broń i postrzeliłam go w prawą łydkę żeby już kulał na prawdę. Nie chciałam go zastrzelić żeby nie odpowiadać za zabicie. Biegnę, ludzie ze mną biegną i dobiegliśmy do komisariatu policji. Wchodzimy do komisariatu, policja (wszyscy) mają lunch, wszyscy weseli, jedzą sobie. Próbuję jednego poprosić o pomoc. Koleś niechętnie podchodzi do stolika w kafetrii, mówię mu o sytuacji a on do mnie konkretnie że nic z tym nie zrobią. Ja w szok, wracam do grupy osób którzy przeżyli a policjant wzywa następnego świadka żeby powiedzieć mu to samo co mi. Wszyscy totalnie bezradni i wkurzeni. Wychodzę z komisariatu. Boss za mną idzie i mówi żebym wróciła. Ja mówię że nie chce i nie wrócę. Mówi do mnie przez przezroczyste drzwi od wejścia a ja próbuje z całej siły je przytrzymać zamknięte bo broniły mnie przed jego bronią. Mówi że zabije mojego przyjaciela. Mówię że i tak nie otworze drzwi. Wziął przyjaciela, zabił na moich oczach, odwróciłam wzrok. Dalej powiedziałam że nie otworze. On do mnie ze w takim razie że zabije recepcjonistę. Ja mówię do niego ze i tak nie otworze. Strzelił w recepcjonistę ale nie trafił, odbiło się od metalowego obicia i zabiło bossa rykoszetem. Uciekłam i się obudziłam. Chyba wiem o czym był ten sen... Wszechświat mnie popycha coraz mocniej żebym wyprowadziła się od D.

Wstałam po 7. Poszłam nakarmić koty, ogarnęłam się. Napiłam się soków i doszło do mnie olśnienie. Przecież jeśli najem się w domu, nie będę musiała dużo jeść na świętach. Czemu tego wcześniej nie pomyślałam... Zjadłam w domu ryż brązowy z jedzeniem z puszki - mniam. Ogarnęłam co mogłam, wycalowalam Karolka. Ba, nawet go wzięłam na ręce i przytulałam. Potem się rozwalił na podłodze jak bagietka.

Pojechałam na miasto bo mama mnie poprosiła żebym kupiła numerki na tort. Przed sklepem stał facet bezdomny sprzedający gazety z psem który spokojnie leżał na kocyku. Rozryczałam się jak bóbr. Weszłam do sklepu po numerki i próbowałam się powstrzymać. Pomyślałam o Buni i jak bardzo ją kochałam i nie mogłam się pogodzić że w święta ktoś z psem nie ma domu. Wyszłam i dałam mu wszystkie drobne z portfela. Jeszcze nie czułam że zrobiłam cokolwiek. Poszłam do sklepu, kupiłam karme dla psów i piłki do zabawy. Dałam mu, podziękował. Widzieli to inni ludzie i też dodali swoją kasę. Nie mówię tego żeby się pochwalić. Piszę żeby to z siebie wyrzucić i żeby pokazać że pomagając komuś, powielamy dobro. Gdybym nie dała karmy, inni ludzie by się się dorzucili. Nie bierzcie mi za złe, nie chodzę wszędzie i bezdomnym kasę rzucam, ale ten pies tak podobny był do Buni i po prostu mnie rozwaliło od środka.

Poszłam do sklepu, kupiłam dla D wycieraczkę z Rick And Morty "Get Shwifty". Poszłam kupić ściereczki antybakteryjne i pojechałam do domu rodziców. Siebie ogarnęłam, mamie włosy wyprostowałam i niedługo potem D przyszedł. Mama piła, D pił, Tata pił, Dziadek pił, Babcia piła. Tylko nie ja - nie lubię. Jak się skończyło? Mama z D przegadali całą wigilię. Dziadek z Tatą się pokłócili i pogodzili i wreszcie się przeprosili za te 25 lat (mniejszao to jaka sytuacja). A co ja robiłam? Zjadłam (o tym za chwilę) i pisałam pingera. Wypiłam trzy herbaty z pokrzywy, zjadłam sałatkę z kapusty pekińskiej, ziemniaki, trochę zupy z selera i może 15 pierogów (gotowanych - nie były smażone). To tej pory to były najzdrowsze święta jakie kiedykolwiek miałam.

Dobra, zaczęło się zbliżać do 21 i mówię do D że niedługo będziemy się zbierać. Do tej pory krzyczał a nie rozmawiał z moją Mamą, lol. Poszedł do toalety, wrócił przygaszony no i go wzięło... Tata powiedział, żebym pożyczyła samochód bo na piechotę nie dojdzie. Mama dała siatkę dla D na drogę no i się przydała bo D puścił takiego pawia w samochodzie, że musiałam okna otwierać. Miałam z niego bekę bo jedziemy i nie mógł zrozumieć dlaczego jedziemy samochodem rodziców do naszego domu a nie na odwrót. Potem przy wyjściu do naszego domu zaczął gadać że ciastka to jedna wielka ściema i kłamstwa. Nawet nie wiedziałam o co chodziło ale miałam ubaw.

Wieczór na prawdę był miły z rodzicami. Wreszcie czułam się jakbym była w związku ale wiecie co było najgorsze? Że on jeszcze z kolegą pisał o której będzie w domu żeby tamten przyszedł... Mimo że wieczór udany, to nie mogę zapominać o sobie w tym wszystkim. Przyszedł do domu, ostatkiem sił zadzwonił do kolegi że dzisiaj nie da rady bo jest za bardzo wstawiony. Poszedł na górę, rozebrał się i spać. Ja jeszcze koty nakarmiłam, zmieniłam Karolkowi toaletę. Poszłam do łóżka, posiedziałam na phonie, jeszcze Francuz próbował do mnie dzwonić. Potem D się obudził i zaczął coś mamrotać i znowu miałam ubaw. Nagrałam żeby nie było, lol. I tyle. Mam nadzieję że Wam święta się udały chociaż w Polsce chyba obchodzi się wszystkie dni? Mniejsza o to. Wesołych świąt Kochane. <3

24.12.2017 _ niedziela

Nie możesz dodać komentarza.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować ten wpis.