• Wpisów: 314
  • Średnio co: 8 dni
  • Ostatni wpis: 62 dni temu, 17:43
  • Licznik odwiedzin: 92 700 / 2796 dni
 
hononey
 
Tak nieudanej wycieczki jeszcze dawno nie miałam, ale od początku...

Babcia D wreszcie w szpitalu w Sheffield. Przewieźli ją wczoraj w nocy. Jutro w południe będzie miała operację bypass'ów. Bilety na pociąg były kupione na dzisiaj więc z podróżą nie było problemu.

Wstałam po 7 a D obudziłam o 10. Poszedł na fajkę, nawet się umył łącznie z włosami i ugotowałam mu na szybko ryż z sosem bo głodny był. Pociąg miał być o 12.42. Dziesięć po dwunastej wyszliśmy z domu. Szłam tak szybko, że nie mogłam mówić. Na szczęście doszliśmy przed czasem i musieliśmy czekać 10 minut. Zaczęło mi się robić zimno więc mówię, że do poczekalni pójdę - trochę tam cieplej. On do mnie czy musimy, a ja że nie ale on sobie może marznąć sam. Poszłam na poczekalnie, on za mną. Za dużo ludzi więc wyszedł. Zaraz pociąg przyjechał i zajęliśmy miejsca.

Nie dość, że usiadł przy oknie to jeszcze grał w gry na komórce. Pytam się czy się nie zamienimy, skoro on tak gra i nie patrzy przez okno a ja chcę pooglądać. Ten do mnie, że nie będzie się zamieniał bo już usiedliśmy a daleko do okna nie mam bo tylko 20 cm różnicy od niego... Nawet się nie odezwałam. Z nim po prostu nie da się kłócić. Myśli że ma rację i nie przekonasz go do niczego.

Dobra wychodzimy z pociągu i mówię, że jeżeli mamy iść na wrapy to tam trzeba mieć kasę bo kart nie akceptują (ja kupowałam bilety na pociąg a on miał nam załatwić jedzenie). On do mnie, że kartę wziął i czemu nie pomyślałam wcześniej. Bo dopiero teraz sobie przypomniałam. Poszliśmy do nourish - knajpa ze zdrowym jedzeniem. Było tak pysznie i zdrowo, że atmosfera między nami nawet się poprawiła. Oboje najedzeni i fajnie się nam rozmawiało. Nawet śnieg za oknem padał i było przez chwilę magicznie. Widać było po D, że się cieszył że postawił mi jedzenie itd.

Zadzwoniliśmy do szpitala, żeby dowiedzieć się gdzie leży babcia D no i po jakiś 20 min już wszystko było wiadomo. Jeszcze tylko do costy się wróciliśmy bo potrzebowałam WC i gorący napój. Jeszcze do mnie D z tekstem że nie powinnam wchodzić do męskiej toalety... Damska była zablokowana a i tak to było tylko pomieszczenie na jedną osobę więc miałam to konkretnie gdzieś. Dobra gorący napój załatwiony i wyruszyślimy...

Musicie wiedzieć (bo to ważne), że Sheffield jest krainą górek - wielu, dużych, stromych górek. Jeszcze w Doncaster mówiłam D, że nie będę biegała po Sheffield, tylko szła własnym tempem na co oczywiście się zgodził. Poszliśmy w trasę i po 20 minutach zaczął marznąć. Nie wziął cieplejszej kurtki bo była brudna (tak jakby komuś to miało przeszkadzać) i nie chciał założyć czapki bo i tak by nic nie dała, ale cały czas narzekał że jest mu zimno BO TO JA ZA WOLNO IDĘ... (on ma prawie 190cm a ja 160cm). I co chwilę słyszałam, że jest zmęczony tym że wolno idę, że ciągle musi się odwracać, żeby sprawdzić czy za nim jestem. Za rękę nie chce iść bo nie czuje się komfortowo. Wszystko była moja wina i miałam go już tak dość, że mu powiedziałam żeby sobie szedł sam własnym tempem a ja dojdę do szpitala sama. Więc przyspieszył i szedł ale na tyle żeby mnie widzieć i żebym mu pokazywała w którą stronę iść (miałam Google Maps). W końcu raz tak przyspieszył, że znikł, więc ja stwierdziłam że pójdę na skróty których Google Maps nie chciało mi pokazać. On poszedł prosto (że aż zniknął) a ja skręciłam w lewo. Doszłam do szpitala ale z racji, że to kilkanaście budynków porostawianych po różnych miejscach to jeszcze do odpowiedniego trzeba było dojść.

Jestem już na terenie szpitala i D do mnie dzwoni. Pyta się gdzie jestem i odpowiadam, że jestem prawie już pod budynkiem i ten do mnie z tekstem, że czekał na mnie przeszło 10 minut na końcu tej długiej ulicy aż dojdę. Powiedziałam, że poszedł swoim tempem więc ja poszłam swoją drogą i powiedziałam, że do niego dojdę. Wkurzył się na mnie i rozłączył telefon. Znowu była moja wina...

Doszedł do mnie jak łapałam windę. Nic nawet nie powiedział w windzie tylko sapał wściekły. Do babci weszliśmy oboje jakby nigdy nic i udawaliśmy, że między nami okay. Minęło półtorej godziny i czas było się zbierać. Pożegnania z babcią i wyszliśmy.

Między nami znowu było okay ale w szpitalu nie mogłam znaleźć zasięgu, a chciałam pobrać aplikację żeby móc ściągnąć aplikację na bilety do autobusu (oboje byliśmy przemarźnięci więc nawet nie było mowy o powrocie na piechotę). Dopiero przy wyjściu był sygnał, znalazłam szybko autobus o której nas zabierze. Było tak zimno, że nie mogłam palcy zginać wybierając przyciski na telefonie. Musiałam jeszcze ściągnąc tą aplikację do kupna biletu. Dobra ściągnięta. Autobus za 3 minuty a ja muszę jeszcze konto zakładać! Dobra 2 minuty, konto założone. Okazało się, że po złej stronie ulicy jesteśmy. Biegiem na przeciwny przystanek, autobus już 10 metrów od nas a telefon nie chce zaakceptować Apple Pay! Dobra, loguję się przez PayPal'a i udało się. Bilety kupione. Stoję przy kierowcy, żeby "skasować" wirtualny bilet, kolejka za mną a telefon cały czas się ładuje! W końcu kierowca (bardzo uprzejmy nawiasem - seryjnie) też zaczął się wkurzać na aplikację i powiedział, że jak będziemy wychodzić, żeby mu pokazać tylko ten bilet. No spoko. Siadamy, udało mi się zresetować aplikację, D oczywiście na mnie już sapie bo jak zwykle moja wina bo nie pomyślałam o tym wcześniej i czemu ich nie kupiłam jak był czas. Następny przystanek i podchodzę do kierowcy i pokazuję mu bilet. Kasuję jeden, kierowca się cieszy. Chcę aktywować drugi a kierowca do mnie, że tylko jeden może być aktywny w danym czasie (a było nas przecież dwoje i dwa bilety całodniowe wykupione - myślałam, że rzucę tym gównem za okno). W końcu kierowca widział, że bardzo się starałam i tylko poprosił, żebym zadzowniła wieczorem do obsługi klienta i im wszystko wytłumaczyła. Powiedziałam, że obiecuję.

D oczywiście o wszystko się sapał, bo wina aplikacji, ale przedewszystkim iPhone'a bo głupi, bo taki, bo sraki. W końcu nasz przystanek i doszliśmy do stacji kolejowej. Była 17.38 a pociąg miał być o 18.12. Mogliśmy jechać tylko jednym przewoźnikiem dlatego bilety były takie tanie. Okazało się że pociąg był aż opóźniony do 18.29. Stwierdziłam, że jestem za bardzo głodna, żeby marznąć na peronie (nie było się gdzie ogrzać) i kupiłam 3 wrapy i 2 flap jacks z Marks and Spencers. Wybuliłam trochę kasy, ale jakby nie patrzeć dzisiaj jest mój fat monday więc mogłam sobie pozwolić. Dałam kawałek jednego D, bo dłosłownie zamarzał mi przed oczami. Dłonie miał lodowate i nie czuł już stóp z zimna. Pociąg cały czas przedłużali i D cały czas narzekał, że nigdy już nie będzie jeździł pociągami bo to jedna wielka pomyłka. W końcu poszliśmy na pociąg, w pociągu ciepło ale siedzielismy tylko 20 minut bo w Anglii szybko jeżdżą, lol.

Wyszliśmy, D pomógł mi się zapakować i szliśmy do domu. Prawie w ciszy, bo nie chciało mi się już z nim gadać. Dzisiaj miałam już mu powiedzieć, że chcę się wyprowadzać i gówno mnie obchodzi jak bardzo się stara, bo uczucia nadal mam takie same. Wyciąga ze mnie całe szczęście. Jeszcze w drodze powrotnej, mimo że mróz i sam marzł, zadzwonił do przyjaciela żeby zaczął się zbierać bo już w domu będziemy niedługo... Kurna, jak ja do niego dzwonię to wielki problem ale jak wracamy do domu, to daje znać koledze kiedy będzie żeby tamten już jak najszybciej przybiegł. W domu byliśmy może 19.30.

Przyszłam do domu, dokończyłam to co mogłam, kolega już przyszedł i poszli na górę. Ugotowałam mojemu zupę z soczewicy na rozgrzanie bo obiecałam wcześniej i poszli na fajki a ja się wzięłam za pingera. Pisałam i pisałam, aż w końcu tamten poszedł o 21.40.

I teraz największy szok... Kolega poszedł, a D usiadł koło mnie i się przytulił i praktycznie wytłumaczyliśmy sobie cały dzień i wszsytkie niedomówienia. Nie mogłam uwierzyć. Nadal jestem na niego wkurzona, bo na wszystko narzekał. To była jak do tej pory moja najgorsza podróż. Nie, najgorzej było na wegańskim festiwalu bo praktycznie cały cyrk był nastawiony na kasę i do tego jeszcze niedomówienia ze znajomymi. To był mój drugi najgorszy wyjazd. Tak jak zawsze jeżdże i mam farta (zwłaszcza z Pandzią), tak z D praktycznie wszystko poszło się jeb*ć. Wszystko nie działało, było spóźnione. Tylko tyle, że zobaczyliśmy babcię całą i zdrową w szpitalu no i mój Garmin pokazał mi że przeszłam dzisiaj 14km. Całe szczęście że miałam sportowe.

Dobra koniec narzekania, dałam upóst ile mogłam, będzie mi się lepiej spało. Na sam koniec zdjęcie z miejsca w którym jedliśmy z D. Na zdjęciu nie widać, ale padał śnieg. Kocham. <3

26.02.2018 _ poniedziałek

Nie możesz dodać komentarza.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować ten wpis.

 
  •  
     
    Śliczne te zdjęcie, wygląda jak inspiracja z internetu. Aż chciałabym tam się teraz przenieść, jeść i obserwować padający śnieg. <3
    Ale przykro mi, że tak wypad się nie udał, zwłaszcza, że miałam nadzieję, że będzie zupełnie odwrotnie. Aż nie wiem co napisać, po prostu mi szkoda. :(