• Wpisów: 314
  • Średnio co: 8 dni
  • Ostatni wpis: 62 dni temu, 17:43
  • Licznik odwiedzin: 92 700 / 2796 dni
 
hononey
 
... "Nigdy nie uda Ci się bólu stłumić. Ludzie próbują różnych i wszystkich metod, żeby go zagłuszyć, ale tracą tylko czas i energię. Nie bój czuć się bólu i co więcej, nie obwiniaj się, że jest. Ulgę poczujesz wtedy, kiedy go zaakceptujesz. Kiedy wreszcie go zaakceptujesz, w całej jego całości, takim jaki jest, ból odejdzie i zostawi miejsce na nowe doświadczenia" ...
_________

Ten wpis będzie trochę powiewał stanem depresyjnym, ale wszystko po to, żebym mogła z siebie to wszystko wyrzucić a trochę tego jest. Nic nie mogło mnie na to przygotować i to był na prawdę wielki szok. Nie robię tego, żeby zwrócić na siebie uwagę. Po prostu cała sytuacja jest dla mnie traumatyczna i jakoś muszę to wyrzucić. Jeśli jesteście wrażliwymi typami, albo macie dzisiaj bardzo dobry humor, to szczerze odradzam czytania tego wpisu dla Waszego własnego dobra. Dla odważnych, powiem tylko tyle, że czytacie na własną odpowiedzialność i trochę tego będzie.

Dzień jak codzień - z resztą to się stało tego samego dnia, którego był poprzedni wpis. Pojechałam do rodziców na obiad przez pracą, D się nie wyrobił no i był zmęczony. Pojechałam do rodziców na godzinkę, zjadłam zupę (tak jak mówiłam, była za tłusta od mleka kokosowego). Rodzice nawet zdążyli się pokłócić, ale i tak miałam ubaw. Pożegnałam się z Mamą i Tata z powrotem zawiózł mnie do domu.

W domu szybkie szykowanie do pracy, żeby się wyrobić no i przyjechałam do pracy 15.40 (po drodze jeszcze zahaczyłam o klacz o której Wam mówiłam). Nikogo, oprócz jednej podopiecznej [PP] nie miało być w domu, bo reszta pojechała do rodziców na weekend, więc chciałam ją wziąć na ciasto i kawę tak jak zawsze w soboty. W niedzielę chciałam ją zabrać do Sheffield do Costy. Miałam dla nas na prawdę wielkie plany. Ostatni raz w pracy byłam we wtorek.

Weszłam do domu, przywitała mnie koleżanka którą miałam zmieniać, ale nic mnie nie przygotowało na to co zobaczyłam. PP wyglądała dosłownie jak zombie i wcale nie wyolbrzymiam. Nie dość, że zawsze była chuda to teraz wyglądała jak szkielet - chude uda, ramiona a na palcach prawie mięśni nie miała. Obramówkę oczu miała siną, czarną. Podobno od środy przestała jeść i cały czas wracała do łóżka, żeby spać. W 2004 stwierdzono u niej stwardnienie guzowate. Jej brzuch wyglądał jakby była w ciąży, ale tak na prawdę miała guza tej wielkości. Tego dnia, brzuch był dwa razy większy. Nigdy nie pozwalała lekarzowi do siebie podchodzić, więc nie mogliśmy jej nigdzie zabierać do szpitala, bo krzyczała i uciekała na drugi koniec gabinetu. Warto też wspomnieć, że rozumiała wszystko, ale nie mogła mówić. Jedynie pokazała ręką, że chce albo odrzucała, że nie chce.

Koleżanka, pojechała do domu. Na odchodnego jeszcze zażartowałam, że mam nadzieję, że nie będę musiała do szpitala jechać w nocy (chodziło o sytuację ze Stycznia z innym PP). Zostałam sama z PP (bo to sobota i nie potrzeba więcej personelu) i włączyłam nam Shrek'a 4 w TV. Akurat skończył się o 16.20 i PP poszła na górę. Stwierdziłam, że jest w takim stanie, że nie zostanę na dole więc wyłączyłam wszystko na dole i poszłam na górę.

PP leżała na swoim łóżku, głowę miała przykrytą poduszkami więc stwierdziłam, że ma migrenę jak zwykle. Zasłoniłam zasłony i poszłam do pokoju personelu i nasłuchiwałam jej oddechu. Brzmiał trochę jak astmatyk, który próbuje zaczerpnąć powietrza i potem się uspakajało. Zeszłam na dół, żeby zrobić Jej soku, wróciłam i dałam do picia. Wzięła łyka i oddała kubek. Beknęła jakby miała bąbelki. Cały czas chciała leżeć, a kiedy nie mogła, szybko siadała na łóżku. Wszyscy myśleliśmy, że się wyliże. Zawsze się wylizywała, ze wszystkiego. W środę podobno lekarz został poinformowany i powiedział, że też jej przejdzie. Najwidoczniej ma jakiegoś wirusa...

Tak więc siedziałam w pokoju dla personelu, słuchając jej oddychania. Nie chciałam nad nią wisieć, bo i tak miała głowę przykrytą poduszkami. Z każdym najmniejszym dźwiękiem leciałam do jej pokoju (w międzyczasie zadzwoniłam do Jej rodziców, mówiąc że jeśli chcą mogą przyjechać i ją odwiedzić). W końcu zrobiło się nagle bardzo cicho, adrenalina skoczyła mi na maksa i PP odeszła... Oszczędzę Wam opisu całej sytuacji, ale był to na prawdę nieprzyjemny/trumatyczny widok. Poza tym z szacunku dla Jej rodziny. Próbowałam Nią potrząsać, ale nic nie dało. Byłam w wielkim szoku, od razu zadzowniłam po karetkę. Nie mogłam z siebie wyrzucić słowa, cały czas mówiłam Yyyy yyy y... W końcu mnie połączyli z karetkami.

Od razu zaczęłam mówić, że pacjent nieprzytomny, nieoddycha, straciła płyny, itd. Dyspozytorka chciała, żebym wzięła się za pierwszą pomoc, ale ona leżała na łóżku. Powiedziała, żebym ją zdjęła ale nie miałam jak. Płakałam, zaczęłam krzyczeć, że dlaczego PP mi to robi, przecież tak ją lubiłam. Dyspozytorka powiedziała, żebym pociągnęła ją za kostki wzdłuż łóżka, żeby kolana zwisały z łóżka. Próbowałam, ale za każdym razem łóżko jechało razem z nią (to nie było szpitalne bo to normalne mieszkanie, tylko normalne). W końcu udało mi się. Kolana bezwładnie zwisały z łóżka i kazała mi delikatnie ściągnąć resztę PP. Starałam się najdelikatniej jak mogłam, ale grawitacja zrobiła swoje i ciało bezwładnie upadło na ziemię z wysokiego łóżka. Zaczęłam jeszcze bardziej ryczeć z szoku, ale byłam szkolona na pierwszą pomoc więc od razu zaczęłam masaż serca. Na głos liczyłam każdy masaż serca. Za jakieś 2 minuty słyszałam, że ktoś puka do drzwi, odeszłam od PP i zaczęłam krzyczeć, że na górze. Rozłączyłam się z dyspozytorką i pogotowie przejęło całą akcję. W pewnym momencie było jak 8 ludzi w jej małym pokoju. Zadzwoniłam do rodziców PP, żeby im powiedzieć, ale sama nie mogłam wydać przez płacz. Nie będę się wdawała w szegóły, ale PP odeszła...

Kiedy ratownicy mi to powiedzieli, po prostu się rozryczałam. Wszyscy się na mnie patrzyli bo wiedzieli, że jestem tylko personelem. Przez łzy powiedziałam żeby się mną nie przejmowali i nie chcę im przeszkadzać w pracy. Poszłam do pokoju personelu i po prostu płakałam. Nie mogłam przestać. W końcu stwierdziłam, że muszę być gotowa kiedy przyjadą rodzice PP. Wstałam i ratowniczka mi powiedziała, żebym poszła na dół i napiła się czegoś gorącego. Wiem, że chciała żebym im nie przeszkadzała i żebym poczuła się lepiej, bo cały czas się pytałam czy w czymś im nie pomóc. Zeszłam na dół, razem ze wszystkimi telefonami (menadżerka już była poinformowana). Myłam ręce przy zlewie chyba dobre 2 minuty. Potrzbowałam ten "brud" z siebie zmyć.

Wszyscy sanitariusze już prawie poszli, został jeden, żeby spisać protokół. Usiedliśmy w kuchni na dole. Zostałam tylko ja i on i zaczął zadawać mi pytania odnośnie tego co się stało. Powiedział, żebym się nie przejmowała i broń boże nie winiła za sytuację. Powiedział, że najprawdopodoniej odeszła w momencie o którym Wam nie chciałam pisać. Nawet gdybym zadzwoniła 5 minut wcześniej, to by nic nie zmieniło. Zaparzyłam mu kawy, w międzyczasie przyjechała rodzina PP. Mama PP przytuliła mnie z całej siły i obie płakałyśmy. Wiedziała, jak bardzo byłam z nią zżyta. Rodzina usiadła i ratownik zaczął opowiadać całą sytuację. Widział w jakim byłam stanie i powiedział rodzinie, że robiłam co się dało próbując mnie podnieść na duchu. Mama PP powiedziała, że to zabrzmi źle ale cieszy się, że to ja byłam przy PP - obie wiedziałyśmy co ma na myśli. Złapałam ją za rękę, przystawiłam do swojego czoła i zaczęłam płakać i przepraszać. Ratownik od razu powiedział, żebym się nie obarczała winą i że to nie moja wina i widział jak bardzo byłam zżyta z PP.

W międzyczasie zadzwonił do mnie menadżer który zajmuje się innymi domami opieki i pytał jak się czuję. Podziękowałam mu za troskę, rozpłakałam się na chwilę i przeprosiłam, ale chciałam wracać do całej sytuacji. Wróciłam, niedługo potem przyjechał policjant. Jeszcze potem przyjechała moja menadżerka - to był na prawdę dobry moment, bo już sama nie wiedziałam co mam robić. Pokój PP był cały brudny, nadal tam leżała, policja chciała odemnie dokumentów które niestety były w biurze (a była sobota) a tylko ja byłam na zmianie. Menadżerka przyszła i pomogła mi się ze wszystkim uporać. Policjant odradził rodzinie zobaczenia ciała, ja musiałam je zidentyfikować i znowu płacz. Rodzina poszła do domu. Dałam swoje zeznanie policjantowi i koło 21 specjalna karetka przyjechała po ciało. Dwaj mężczyźni byli ubrani w garnitury - na prawdę robiło wrażenie, dawało dużo szacunku.

Policjant się z nami pożegnał i kazał mi ze wszystkimi z kim mogę rozmawiać na ten temat, żeby nie trzymać tego w sobie bo zwarjuję. Policjant poszedł, a menadżerka kazała mi się zbierać i wracać do domu mojego. Powiedziałam, że wykluczone, że ona nie zostanie z tym sama. Ja jedynie potrzebowałam prysznica, żeby z siebie zmyć ten smród i oczyścić energetycznie. Umyłam całą siebie, włosy. Prawie cały żel zużyłam byleby tylko nie czuć tego. W końcu wyszłam, wysmarowałam się i założyłam ubrania które nosiłam pod spodem (tego dnia - dzięki bogu - ubrana byłam na cebulę, kilka warstw). Menadżerka poprosiła o gorącą wodę, żeby wymyć podłogę w pokoju PP. Udało nam się, dom był wymyty. Znalazłam jeszcze album PP, przeglądała zdjęcia z naszych wycieczek. Koło 23 pojechałam do domu rowerem, na szczęście wiatr pchał mnie do przodu. Po drodze rozmawiałam z moją Mamą przez telefon.

Weszłam do domu i D mnie przytulił. Chwilę pogadaliśmy, ale nie byłam zmęczona. W pracy zanim jeszcze działa się cała sytuacja, wypiłam dwa litry smoothie. Nawet nie chce myśleć w jakim bym była stanie, gdybym nie miała ze sobą smoothie (cukier z owoców, broni nasz układ nerowowy przez adrenaliną i jednocześnie chroni nas przed zespołem stresu pourazowego). Dodatkowo z początkiem tygodnia zaczęłam ćwiczyć. To stereotypowe co teraz powiem, ale fakt że zaczęłam ćwiczyć też dużo pomógł, bo byłam ciut pewniejsza siebie niż gdybym była bez ćwiczeń.

W domu po prostu siedziałam. Wszyscy z personelu, którzy pracują ze mną w tym domu do mnie dzwonili i wysyłali wiadomości jak się czuję, itd. Menadżerka jeszcze się ze mną kontaktowała. Miałam ćwiczyć tego wieczora, żeby ztłamścić ból, żeby po prostu się wyżyć, ale padłam. Zdjęłam z siebie wszystkie ubrania, łącznie z butami i zostawiłam przed pralką. Nie chciałam ich nawet dotykać. Poszłam spać.

Następnego poranka (niedziela), automatycznie przyzwyczajona już obudziłam się koło 5 nad ranem i mimo że byłam wyspana, wolałam dalej spać. Nie chciałam o tym myśleć. Pierwsze co mi przyszło na myśl, to po prostu widok PP kiedy umierała. Obudziłam się o 7.20 i już nie mogłam się zmusić do dłuższego spania. Wstałam i zeszłam na dół. Sok z pomarańczy z miodem, a potem dokańczałam zupę z kapusty którą ugotowałam dzień wcześniej. Zaczęłam płakać. Wzięłam serduszko Buni i przytuliłam mocno do siebie.

Oglądałam TV, żeby o tym nie myśleć, ale było na prawdę ciężko. Każdy moment który był wolny, cały czas mi to leciało przed oczami, cała ta sytuacja. Kiedy zapomniałam na chwilę o sprawie, nadal czułam się nieswojo i zastanawiałam się czemu tak się czuję i cała sytuacja znowu wracała. Nie dało się od tego odejść, wszystko w głowie mi buzowało całą sytuacją więc chciałam poćwiczyć, żeby to wyrzucić, żeby się wyżyć, żeby przestało boleć. Bardzo byłam zżyta z PP - traktowałam ją jak przyjaciółkę.

Poszłam poćwiczyć na dole i Karolek różnież był w moim pokoju. I nagle do głowy "przyszedł" mi ten tekst z samego początku wpisu. Kiedy to do mnie doszło, coś w mnie pękło i zrobiło mi się lżej. Coś po prostu we mnie puściło. To nie był jeszcze koniec tych uczuć, ale coś we mnie puściło. Dokończyłam ćwiczenia i poszłam na górę do łóżka. Byłam śpiąca. Zamknęłam oczy i wszystko znowu zaczęło do mnie wracać i mimowolnie zaczęłam obwiniać się całą sytuacją. D przyszedł do pokoju i zaczął się o mnie martwić. Nie mógł zrozumieć dlaczego tak bardzo przejęłam się całą sytuacją. Powiedziałam, że PP była dla mnie jak przyjaciółka i też zawsze się mną opiekowała i czuję się wszystkiemu winna. W końcu D się postawił i jak to facet potrafi, na zimno postawił mi sytuację i znowu zaczęło mnie puszczać i się rozryczałam. Uspokoiłam się, D poszedł do siebie a ja zasnęłam w łóżku.

Obudziłam się kilka godzin później. Zaraz przed przebudzeniem miałam sen z PP. Siedziała na fotelu i sytuacja wyglądała tak jakby nadal żyła ale było już po wszystkim. Zapytałam się jej dlaczego mi to zrobiła, a PP złapała mnie za rękę i tak samo jak sny z Bunią, spojrzała mi głęboko w oczy. Wybaczyła mi i "powiedziała", że teraz jest jej lepiej. Ten sen bardzo mi pomógł, ale nadal w każdą wolną chwilę do głowy wchodziła mi cała sytuacja. Niedługo potem zadzwoniła do mnie koleżanka z pracy - ta z którą się kiedyś pokłóciłam. Dzwoniła z zastrzeżonego - normalnie nie odbieram takich numerów, ale myślałam że to policja. Gadaliśmy prawie godzinę. Nie było mi lepiej, ale cieszyłam się ze snu. Zrobiłam sobie herbaty owocowej - w sumie to nawet kilka. Przed 23 stwierdziłam, że jednak zrobię dzisiaj ten treninig. Wybrałam jogę i boy, oh boy, czułam się jak zupełnie inna osoba po skończeniu. Na prawdę zrobiło wielką różnicę.

D też był padnięty, więc położył się spać o 23. Poszłam na górę i przed snem jeszcze rozmawialiśmy. Dopasowaliśmy się tak ciałami, że byliśmy wplątani jaki puzle, ale było wygodnie. Bardzo potrzebowałam się do kogoś przytulić, poczuć drugą osobę, żywą... Przed snem poprosiłam wszystkie istoty światła teraz i na zawsze, które chcą pomóc, żeby usunęli wszystkie wspomnienia związane z sytuacją. Żeby zamienili je w światło i wysłali to światło komu tylko potrzebne, a w miejsce w moich wspomnień wypełnili światłem i ciepłem. Zasnęłam.

Nie pamiętam za bardzo snów, wiem że śnił mi się blondyn z niebieskimi oczami ale nie pamiętam w jakim konkekście no i Karolek mi się śnił, czyli o coś prosił, ale też nie pamiętam dobrze. Obudziłam się o 7.50 ale byłam bardzo zmęczona bo od kilku dni się nie uziemiałam matą. Hormony wzięły górę i z D mieliśmy przyjemny poranek. Oboje wstaliśmy. Kiedy D poszedł do toalety krzyknęłam z sypialni, żeby wrzucił moje ubrania które tam zostawiłam do pralki. Nie wiem czemu, ale miałam do nich wstręt. Nie mogłam ich dotknąć, przechodziłam od nich na kilometr. Wrzucił, ubrałam się i poszłam na dół ogarniać kuchnię. Dzisiaj było o wiele łatwiej niż wczoraj. Ciągnęła się za mną sytuacja, ale nie było mi to przypominane na każdym kroku.

Dzisiaj był dzień solarium, do tego pomarańcze mi się skończyły no i chciałam tą zupę z cebuli wreszcie ugotować. Pojechałam na miasto i ciężko było. Wspomnienia nadal wracały, ale było zdecydowanie lżej niż poprzedniego dnia. Codziennie do mnie piszą znajomi z pracy i menadżerka. Myślę, że będzie co raz łatwiej, ale drugie najgorsze przedemną...

W czwartek do pracy, ale będę ze znajomą. Znajoma zostanie ze mną do 19.30 a potem będę sama z dwójką PP. To jeszcze jakoś dam radę przeżyć. W piątek będzie dużo ludzi w pracy, więc też się czymś zajmę. Najgorzej będzie w weekend, kiedy będę tylko ja i jeden PP. Będzie siedział w swoim pokoju, w domu cisza i tylko ja i on. Całe szczęście, menadżerka dała mi numer do psychologa który jest czynny 24/7, więc chyba zadzwonię, albo tutaj będę pisała. Jeszcze nie wiem, ale wiem że będzie mi ciężko. W ogóle to możecie się spodziewać okresu, kiedy będę się odnosiła do całej sytuacji tutaj. Nie dlatego, że próbuję zwrócić na siebie uwagę czy narzekać - po prostu, muszę to z siebie wyrzucić.

Teraz jak myślę o tym śnie z białą klaczą o której Wam mówiłam poprzednio to się zastanawiam, czy to przypadkiem nie chodziło o PP. I do tego jeszcze pamiętam jak Tracey się pytałam czy moi krewni po drugiej stronie mają dla mnie jakieś wiadomości, ale moi guardians im nie pozwalali mi powiedzieć, ale czułam że coś jest na rzeczy. Do tego PP odeszła o 17.55 (angielski czas -> 5.55pm). Powtarzjące się 5. Chyba tak musiało być i padło akurat na mnie...

02.04.2018 _ poniedziałek

Nie możesz dodać komentarza.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować ten wpis.

  Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego
  •  
     
    Brak mi słów... Współczuję takiego przeżycia, ale silna jesteś kochana, nie ma co. Ściskam <3
     
  •  
     
    @szachimatONA: Mam "twardy" żołądek. Jest mi już o wiele lepiej, lżej.

    Ja zawsze przeżywam stratę zwierzaków i nie ma w tym nic głupiego. To członkowie rodziny - ja np. siedziałam z młodymi kurami u wujka w zagrodzie na wsi. I chłop ze wsi by powiedział, że głupia ale ja zawsze kochałam zwierzęta.

    A tak, to ja wiem i wierzę w reikarnację. Po prostu te pierwsze dni szoku były dla mnie bardzo ciężkie.
     
  •  
     
    Wow aż się spociłam jak to czytałam. Nigdy jeszcze nie przeżyłam takiego traumatycznego przeżycia. Podziwiam Cię za siłę. Ja pewnie zwymiotowałabym, i zemdlała i dostała zawału serca na miejscu :( Wiem że to głupio zabrzmi jak byłam dzieckiem bardzo przeżywałam stratę zwierzaków babcia mi wtedy mówiła że nie wolno płakać po czyimś odejściu bo ta osoba nosi dzbanek z naszymi łzami i jest jej ciężko :) W niektórych kulturach też nakazuje się cieszyć w tym dniu. Po za tym w innych kulturach mówi się że "śmierć to nie koniec życia, tylko jego kolejny etap" i że tam gdzie idzie dusza jest lepiej ludzie pozbawieni są wad, chorób, otyłości, wszyscy są równi itp.
     
  •  
     
    @Nuttkaa: gdybyś przeczytała wpis, zrozumiałabyś do czego nawiązuję <3
     
  •  
     
    z bólem nie trzeba żyć(nie licząc tego fizycznego) ból psychiczny zazwyczaj zadają nam bliscy ludzie (przyjaciele,itp) nie trzeba tego akceptować można pozbyć się bólu dopierając do swojego życia odpowiednie osoby